„Klub Dziadka Wkrętaka i bulgot, czyli tajniki hydrauliki”, Małgorzata Połeć-Rozbicka

Część II

– To była ONA! – stanowczo Weronika przytaknęła koleżance – Nie ma żadnej wątpliwości.

– E tam! Co wy, dziewczyny? Przecież to tylko jakaś głupia fantazja Gabrysi. Nie ma żadnej Hermenegildy, ani żadnego węgorza, przynajmniej zaczarowanego – Krzyś próbował odwołać się do rozsądku koleżanek.

– Co ty tam wiesz?! – wzburzyła się przyjaciółka – Nie słyszałeś tego. To był bulgot przeciskającej się przez rury ryby.

Krzyś nic już nie powiedział, tylko wymownie spojrzał na podekscytowane dziewczyny. Te jednak wytrzymały jego sarkastyczne spojrzenie i czekały na jakąś bardziej konkretną propozycję rozwiązania problemu.

-Przyjdę dziś do was wieczorem, jak pani Basia pójdzie do swojego pokoju – obiecał – Na pewno to się da jakoś racjonalnie wytłumaczyć!

Od dłuższego czasu dziób statku rozcinał ciemnoniebieską taflę jeziora. Na obie strony wyrzucał małe spienione fale, które sunęły w kierunku brzegu i nabierały mocy, by ostatecznie zostawić na przybrzeżnym piasku ślad swojego istnienia. Statek zwolnił i zakołysał się na wodzie. Teraz, gdy praca silników stała się cichsza uczniowie mogli wsłuchać się w dźwięki pobliskiego jeziora – szelestu szuwarów szarpanych chwilami porywistym wiatrem, skrzekiem dzikich kaczek i szumem siłowników hydraulicznych, cierpliwie pracujących nad otwarciem potężnych metalowych wrot, które majaczyły przed nimi.

– Patrzcie! – zawołał pełen ekscytacji Krzyś –Śluza!

– Gdzie? – zapytała, wychylając się przez burtę Weronika.

– Przed nami – rzucił za siebie Krzyś i zaczął się przepychać w kierunku dziobu – Muszę to zobaczyć! Czytałem o tym wczoraj…- wyjaśnił koleżankom, nie będąc jednak pewnym, czy dotrzymują mu kroku. Ale dziewczęta doskonale sobie radziły w wędrówce wśród powstałych z miejsc pasażerów statku i wkrótce Gabrysia pierwsza dopadła barierki na dziobie.

– Wow! – powiedziała cicho obserwując, jak statek wpływał do wąskiego kanału – O co tu chodzi?

– Jeziora są na różnych wysokościach. To, na które zaraz wpłyniemy, jest prawie metr wyżej od tego, po którym płynęliśmy – pospieszył z wyjaśnieniem chłopiec. – Zaraz zamkną się za nami wrota – uprzedził fakty – Słyszycie? – dziewczynki wsłuchiwały się w szum zakończony zdecydowanym kłapnięciem zamykających się skrzydeł bramy. Po chwili rozległ się chlupot wpompowywanej do kanału wody.

– Podnosimy się! – zauważyła Gabrysia.

– No i o to chodzi! W ten sposób poziom wody w kanale podniesie się do poziomu wody w drugim jeziorze, a my razem z nim. Kiedy otworzą te drugie wrota bez problemu będziemy mogli płynąć dalej – tłumaczył Krzyś.

– To działa jak winda! – zauważyła Weronika.

– Dokładnie tak! – przytaknął Krzyś

– Nie rozumiem tylko: po co? Przecież można by płynąć normalnie, jak po rzece. – dziewczynka zaczęła powątpiewać w sensowność istnienia tak skomplikowanego urządzenia. Krzyś jednak z wielkim oburzeniem i znaną sobie dokładnością zaczął wyłuszczać zagadnienie.

– No nie! Ten kanał został przekopany przez ludzi. Gdyby nie zastosowano tutaj śluzy, poziom wody w obu jeziorach by się wyrównał, tak jak w kałużach, gdy wykopiesz między nimi rowek. A wiecie, co by to oznaczało? Poziom wody w jednym jeziorze by się obniżył, ale to niewielki problem, w drugim jednak by się podniósł i woda zalałaby ludziom domy, drogi i pola, jak w czasie powodzi. Tak to działa! – skwitował na koniec –Hydraulika – przepływ wody  na skutek przyciągania ziemskiego.

– To tak, jak w starożytnych akweduktach, którymi wodę z gór transportowano do miast. Woda płynęła sama, jak po zjeżdżalni – podsumowała Gabrysia.

– No właśnie! O to chodzi – woda zawsze płynie z góry na dół.

– No właśnie nie zawsze – wtrącił się do rozmowy członek załogi, który przygotowywał linę do rzucenia za burtę i cumowania. – Ludzie potrafią wymuszać ruch wody w górę przy pomocy pomp wodnych. Tak jest na przykład w blokach. Woda dociera na najwyższe piętra, a przecież w sposób naturalny nigdy by tam nie wpłynęła.

– A, no tak! – z lekkim zakłopotaniem przyznał chłopiec. Dotąd wszystko okazywało się takie proste.

– To kwestia ciśnienia – doprecyzował mężczyzna, widząc zmieszanie na twarzy swojego rozmówcy. – A ciśnienie to siła z jaką jakiś przedmiot naciska na podłoże.

– Woda też naciska na dno – ruszyła Gabrysia Krzysiowi z odsieczą, próbując zapędzić w kozi róg nieznajomego.

– Naciska – zgodził się mężczyzna zwijając cumę – I to nawet bardzo. Woda w oceanie naciska na dno z siłą nawet kilkuset atmosfer. A jedna atmosfera to dokładnie tyle, jakbyś kilogram cukru trzymała na czubku palca.

– To się nie uda – podsumował Krzyś.

– Nie. Ale za to duże ciśnienie wody człowiek wykorzystuje od dawna w wielu urządzeniach. – Mężczyzna odwrócił się i przeskoczył za burtę, bo statek podchodził już do przystani i trzeba było zająć się jego cumowaniem – To praktycznie darmowa energia – rzucił jeszcze przez ramię, lekko skacząc na keję.

– Elektrownie wodne… – kontynuował temat Krzyś. – Stawia się na rzece tamę, przy dnie montuje turbinę i woda pod dużym ciśnieniem ją obraca. Tak powstaje prąd.

– W Solinie, w Bieszczadach. Byłam. Pływałam kajakiem po zalewie, który powstał po zbudowaniu tamy – uzupełnia Weronika.

– Ja pływałem po Zalewie Zegrzyńskim. Żaglówką – niespodziewanie wtrącił się do rozmowy Michał, który już od dłuższego czasu przysłuchiwał się pogawędce przyjaciół. – Tam jest zapora w Dębem – dodał.

– Albo tama Hoovera na Kolorado w Stanach Zjednoczonych. Największa na świecie – dorzucił Krzyś.

-Była największa, jak ją budowali 80 lat temu. Teraz największa jest w Chinach. – sprostowała Gabrysia – Czytałam w Internecie. Musieli przesiedlić ponad milion ludzi z terenu, na którym miał powstać zbiornik.

– Tak samo działały młyny wodne – niespodziewanie zmieniła wątek Weronika. – Woda spływała na koło młyńskie i obracała żarnami, które rozdrabniały ziarna na mąkę – wyjaśniła i spojrzała po zdumionych twarzach przyjaciół – Ludzie od zawsze wykorzystywali siłę, która drzemie w wodzie. Nie pamiętacie, jak nawadniali pola wzdłuż Nilu?

– Kto by pomyślał, że hydraulika jest stara jak świat, a jednak ciągle mamy problemy z cieknącymi kranami – ze śmiechem zakończyła dyskusję swoich uczniów pani Basia.

– Szybciutko schodźcie z pokładu, bo dalej popłyniecie już bez nas – pospieszyła podopiecznych.

*

*                      *

            Wieczór nadszedł nie wiadomo kiedy. Gdy dziewczynki wróciły po obiedzie do swojego pokoju, za oknem już nadciągał mrok. Mlecznosiwa mgła znowu wypełzła z szuwarów i złowrogo słała się nad taflą jeziora. Mimo to w oddali majaczyła zakapturzona twarz, która zawisła nad smugą mgły i sprawiała wrażenie niespodziewanie odnalezionej części ciała jeźdźca bez głowy. Tylko na podstawie wczorajszych obserwacji można było przypuszczać, że należy do wędkarza w sztormiaku, siedzącego w zielonej łódce. Powoli, z ciężkich chmur, spuszczała się noc na zagubiony wśród mazurskich krajobrazów pensjonat. A w nim, w narożnym pokoju dwie dziewczynki wyglądały przez okno, oczekując przyjścia kolegi i niepokojącego dźwięku bulgotu ze ściany za łóżkiem…

Pojawienie się Krzysia uspokoiło je nieco, a jego filuterny uśmiech dodał im odwagi. To, że z nich kpi innym razem pewnie by je rozwścieczyło, ale teraz uspokajało je bardzo i w duchu, same przed sobą, przekonywały się , że jak na początkujące nastolatki są głupie, niepoważne i wierzą w bajki. A przecież bardzo by chciały, by ten tajemniczy bulgot między bajki włożyć.

– Muszę się gdzieś schować – wrócił do przyziemnych spraw chłopiec. – Pani Basia zaraz będzie robiła obchód. Nie może mnie tu zobaczyć.

-To może pod łóżko? – zaproponowała Gabrysia.

-Tam gdzie straszy?- z przerażeniem zawołała Weronika – A jak to jest węgorz elektryczny? – rzuciła nowy pomysł dziewczynka – Jeszcze cię prąd porazi!

– Cegły nie przewodzą prądu – skwitował Krzyś – a węgorze elektryczne żyją w Ameryce Południowej, a nie na Mazurach – dodał idąc w kierunku szafy. I zupełnie nie zważając na swoje słowa wtarabanił się do niej, niemiłosiernie gniotąc ubrania koleżanek.

– Nauka – nauką, ale bezpieczeństwo najważniejsze – zadudnił w szafie głos usprawiedliwiającego się przyjaciela.

– Cicho! Pani Basia idzie – zasyczała Weronika i nim zdążyły zgasnąć jej słowa, w drzwiach pojawiła się nauczycielka.

– A wy jeszcze nie w łóżkach? – zapytała zdziwiona. –Wskakujcie natychmiast pod kołdrę i gaście światło. Ja idę się kąpać. Dobranoc!

– Dobranoc! – odpowiedziały chórem dziewczynki na tyle skwapliwie, że gdyby pani Basia nie myślała już o gorącej kąpieli w wannie, z pewnością wzbudziłoby to jej podejrzenia. Ponieważ jednak miała już wizję pachnących bąbelków zamknęła raźno drzwi, a jej kroki zastukały po schodach. Na ten dźwięk Krzyś wygramolił się ze swojej kryjówki.

-Poszło jak po maśle – oznajmił chłopiec, prostując ręce i nogi.

– Musimy zgasić światło i być bardzo cicho. Pani Basia mieszka w pokoju nad nami – ostrzegła Weronika, nie poddając się euforii z osiągnięcia pierwszego sukcesu – Gabrysiu, włącz latarkę – dodała trzymając rękę na włączniku światła. Strużka światła wystrzeliła z ręki koleżanki akurat w momencie, gdy żarówka w żyrandolu zgasła. Siedzieli w ciszy w wątłym światełku sączącym się z podręcznej latarki. Wsłuchiwali się w dźwięk wiatru, grającego na szamoczących się z nim gałązkach drzew. Dwa nikłe światełka po drugiej stronie jeziora migotały w oddali. Gabrysia okryła się kocem, nie dlatego że było zimno, ale że tak jakoś strasznie. Zawinięta we włochaty kokon czuła się nieco pewniej. Robiło się coraz bardziej sennie. Nikomu już nie chciało się rozmawiać, a powieki pozostawały zamknięte na coraz dłużej. Nagle usłyszeli go! Tajemniczy bulgot zza Gabrysiowego łóżka. Krzyś podskoczył, zbliżył się do ściany i zaczął nasłuchiwać.

– To tu – zaznaczył palcem miejsce, w którym jeszcze przed chwilą pojawił się intrygujący dźwięk. – Podajcie mi scyzoryk, zostawiłem go na stole – zakomenderował. Gdy miał już go w dłoni, zaczął dłubać w ścianie. Okruchy tynku sypały się na podłogę, ale nie zważał na to. Potem będzie się tym martwił. Przy kolejnym pchnięciu w ścianę nóż metalicznie zazgrzytał trafiając na stalową przeszkodę.

– Poświeć mi – zażądał, a Gabrysia natychmiast spełniła jego polecenie. Krzyś spojrzał w głąb wydrążonej przez siebie dziury.

-To rura – zawyrokował i zacisnął usta.

-Mówiłam! – pokiwała głową Gabrysia, sama nie mogąc do końca uwierzyć w opowiedzianą przez siebie historię. – Hermenegilda.

-O rany! –westchnęła Weronika i podeszła do okna, wypatrując na jeziorze rybaka. Ale było już tak ciemno, że nic nie była w stanie dostrzec.

-Co robimy? – zapytał Krzyś. – To się przecież musi dać jakoś wyjaśnić. Trudno mi uwierzyć w tę wersję z węgorzem – przekonywał sam siebie.

-Dzwonię do Dziadka! – oznajmiła Gabrysia.

-O tej porze? Jest już późno – wahał się chłopiec, chociaż bardzo chciał, żeby przyjaciółka nie zwracała uwagi na jego wątpliwości. Dziadek Wkrętak na pewno będzie wiedział co jest grane.

Gabrysia wybrała numer i przystawiła ucho do telefonu. Po chwili zaszeptała:

– Dziadek? To ja.

– No ja!

– No pewnie, że Gabrysia! A kto?

-Świetnie. Ale pytanie mam!

– Py-ta-nie mam – przesylabizowała dziewczynka, a Krzyś i Weronika słuchali tej cichej nocnej rozmowy, domyślając się jedynie na podstawie kolejnych słów koleżanki, co mówi dziadek.

– Weź na głośnik – poradził chłopiec. – Też jestem ciekawy.

-Co może bulgotać w rurach? – zapytała swojego rozmówcę Gabrysia.

-W rurach? Jakich rurach? – dziadek nie bardzo mógł się zorientować w sytuacji.

-Zwykłych rurach – doprecyzowała wnuczka.

-W ścianie – dodał jej przyjaciel.

-A! W rurach – zrozumiał dziadek – Woda.

-Sama woda tak nie bulgocze. – zaoponowała dziewczynka i dodała kilka nowych informacji. –U nas nigdy nie bulgocze. A tu bulgocze. I to w nocy. Przed chwilą bulgotnęło.

-A ile pięter ma budynek? – zapytał dziadek.

-Trzy – pospieszył z odpowiedzią Krzyś.

-No właśnie. Nasz jest parterowy, to nie bulgocze.

-A co piętra mają do bulgotu? – zdenerwowała się dziewczynka.

-Jak ktoś na górze bierze kąpiel w wannie i zacznie spuszczać wodę, to duże masy wody przyciągane siła grawitacji bardzo się spieszą na dół i wtedy bulgoczą – wyjaśnił ze śmiechem autorytet.

-To by się zgadzało! – ucieszyła się Weronika. –Nad nami mieszka pani Basia i mówiła, że idzie brać kąpiel – rzuciła dziewczynka na potwierdzenie słów dziadka, radosna i teraz już spokojna. – Dziękujemy bardzo! Pan jest taki mądry! I przepraszamy, że dzwoniliśmy o tej porze, ale Gabrysia mówiła, że to węgorz – dorzuciła usprawiedliwiająco.

-Jaki węgorz? O co chodzi – zdziwił się dziadek.

-O Hermenegildę – rozpoczęła wyjaśnienia Weronika – Bo Gabrysia…

-No dobra! Dzięki! Cześć Dziadku –jak gdyby nigdy nic rzuciła do telefonu wnuczka.

-Ale jaka Hermenegilda?- nie odpuszczał Dziadek Wkrętak.

-O to długa historia! –zmierzała do końca jego rozmówczyni – Opowiem, jak wrócę – zapewniła i wyłączając telefon zwróciła się z przekąsem do koleżanki:

– Jakaś ty się rozmowna zrobiła?!

-No i co my teraz zrobimy z tą dziurą w ścianie? – nie zważając na gęstniejącą atmosferę zastanawiał się Krzyś. -Jak ja to pani Basi pokażę? Może zastawimy łóżkiem? – zwrócił się z nadzieją w głosie do koleżanek, chociaż w głębi duszy wiedział, że to nie przejdzie.

-Trzeba się przyznać. – zawyrokowała Weronika.

-Ale nie pani Basi! – tonem typu „eureka” oznajmiła Gabrysia – Właścicielce pensjonatu. To taka miła starsza pani.

*

*                      *

-Nie przejmujcie się dzieciaczki! Poproszę męża na pewno coś na to zaradzi – uspokoiła grupę przyjaciół gospodyni nazajutrz po śniadaniu. –Idźcie do pokoju się pakować. I nie martwcie się wcale – pogłaskała ich po głowie na pożegnanie. A młodzi odkrywcy, jakby im kamień spadł z serca, pobiegli na górę do swoich pokojów. Dziewczynki wyjęły plecaki i zaczęły składać ubrania. Mimo, że zbliżało się dopiero południe, Weronika zapaliła światło. Za oknem krople deszczu, przebijając się przez szarówkę, pobrzękiwały o szyby. Gałązka jabłoni tłukła się jak oszalała. Gabrysia rzuciła okiem za okno.

-Nie ma go – skwitowała.

-Wędkarza?

-Albo upiornego strażnika Hermenegildy – zaśmiała się Gabrysia nawiązując do wczorajszej przygody.

I w tym momencie, uchyliły się drzwi, a w nich stanął potężny zakapturzony mężczyzna w czarnym sztormiaku i kaloszach. Dziewczynki zdrętwiały i stanęły nieruchomo, a śmiech, który jeszcze przed chwilą rozbrzmiewał w ich ustach zawisł zamrożony w pół drogi.

-No! Coście tam narozrabiały? – spytał wędkarz zrzucając mokry kaptur, z którego perliste krople deszczu ściekały na podłogę. – Podobno coś tam wam z hydrauliką nie pasowało? – uśmiechnął się do nich szeroko. – Już ja was znam, gagatki! –zawołał przyjaźnie, dla groźniejszego wyglądu marszcząc brwi – Sam mam czterech wnuków. Dzieciaki teraz są ciekawskie i sprytne – podsumował.

Oniemiałe dziewczynki bez słowa odsunęły łóżko od ściany i pokazały rezultat wczorajszych prac budowlanych Krzysia.

-No, no! A czegóżcie wy tam szukały? – zapytał tajemniczy wędkarz, który okazał się mężem właścicielki.

-Hermenegildy – zgodnie z prawdą odpowiedziała Gabrysia.

-Hermenegildy? Ho, ho! Od tylu lat nikt jej nie znalazł – mężczyzna z rozbawieniem spojrzał na dziewczynki, ale po ich przerażonych oczach i zdumieniu na twarzy zrozumiał, że nie jest im do śmiechu. Dokończył zatem:

-Tak miała na imię córka poprzedniej właścicielki pensjonatu. Kiedy była młodą dziewczyną… A jaką piękną! – zachwycił się rybak – Zakochała się nieszczęśliwie. Ludzie powiadają,  że uciekła z narzeczonym; inni, że utopiła się w jeziorze z miłości. Tak, czy inaczej przepadła bez wieści…

Dziewczynki wymieniły zaniepokojone spojrzenia i niemal jednocześnie chwyciły swoje plecaki.

-To my musimy już iść! – w drodze do drzwi wykrzyknęła Weronika – Pani Basia na pewno już się niepokoi.

-Dziękujemy i przepraszamy za wszystko! – dodała Gabrysia odwracając głowę w drzwiach. – Za tą dziurę przede wszystkim. I niech pan na siebie uważa!

„Klub Dziadka Wkrętaka i bulgot, czyli tajniki hydrauliki”, Małgorzata Połeć-Rozbicka

Część I

            Autokar bujnął się w przód i w tył, po czym ostatecznie zahamował. Natychmiast przed drzwiami wyjściowymi zaczęła przepychać się grupka dzieci, która nieustannie rosła. Gabrysia poderwała się z miejsca, by do nich dołączyć, ale poczuła zatrzymujący ją uścisk dłoni Krzysia i usłyszała jego uspokajający szept:

– Nie ma się co spieszyć! I tak wszyscy muszą wyjść. Przecież nie zostawią nas w autokarze na noc.

Gabrysia była skłonna przyznać przyjacielowi rację, tym bardziej, że dopiero teraz, kiedy miejsca opustoszały, zobaczyła, jak piękny widok roztaczał się za oknem. Na niewielkim wzniesieniu wśród bielących się pni brzóz z jesiennie opustoszałymi już gałązkami stał niewielki trzypiętrowy pensjonat. Szerokie schody prowadzące pod drzwi usłane były złocistymi serduszkami brzozowych liści, które raz po raz podrywał podmuch wiatru i zapraszał do tańca. U stóp wzgórza błyszczała tafla wody, która o tej porze roku i przy nadchodzącym zmierzchu ostrzegała swoim ciemnogranatowym odcieniem i groźnie marszczącą się powierzchnią. Przez sztywne, żółtozłote sitowie przebijał się drewniany pomost, przy końcu którego kołysała się na falach mała biało-niebieska żaglówka. W oddali majaczyła zielona, smukła łódka, w której jakaś postać w czarnym sztormiaku z głęboko naciągniętym na oczy kapturem uparcie trzymała wędkę kołysząc się w takt chlupoczących fal. Pejzażu dopełniała przejmująca cisza, która teraz gwałtownie została przerwana przez grupkę rozkrzyczanych dzieci, ale i one pod wpływem otaczającego ich nastroju szybko umilkły schodząc w swoich rozmowach do szeptu. I ta cisza, i otoczenie wokół napełniało je poprzez swoją odmienność od wielkomiejskiego zgiełku jakimś dziwnym niepokojem. Nie czuły się tu jak u siebie. Znalazły się w innym, nieznanym im świecie, w którym nawet ich smartfony i tablety chwilami traciły zasięg.

– Wychodzimy! – Krzyś delikatnie pociągnął Gabrysię za rękę. I zrobił to niemal w ostatniej chwili, bo wychowawczyni rozpoczęła już oficjalne liczenie podopiecznych i wydawanie bagaży. Dzieciaki, choć początkowo ustawione przez nauczycielkę w pary, rozproszyły się i luźną grupą zaczęły wspinać się po schodach wiodących do pensjonatu. Nim dotarli na górę z przeraźliwym skrzypieniem uchyliły się drzwi, w których stanęła starsza roześmiana pani, otulona ciepłym, wełnianym szalem.

-Chodźcie! Chodźcie! Zupa już gorąca. Rozgrzejecie się trochę!  – zawołała zapraszając ich ręką do środka.

Na szczęście dziewczynki już w autokarze podzieliły się pokojami, a chłopcom było i tak wszystko jedno, więc przydział kto z kim i w jakim pokoju przebiegł bez większych zakłóceń. Gabrysia, która zapomniała, że przecież pani nie pozwoli zamieszkać jej z Krzysiem zmartwiła się trochę, że zostanie sama, ale na szczęście Weronika pomyślała o tym za nią, więc radośnie uśmiechnęły się obie i pomaszerowały do wskazanego im przez panią pokoju. Pokój był duży i narożny i miał dwa okna, z których każde wychodziło na inną stronę domu. Z jednego okna roztaczał się ujmujący widok na tę ciemnogranatową taflę, pomost, żółtozłote sitowie i zieloną łódkę z nieruchomą zakapturzoną postacią, za drugim znajdowała się ściana lasu, która w pełzającym zmierzchu ziała czernią omszałych pni.

– Zapalę światło –zdecydowała Weronika w odpowiedzi na widok za oknem. –Nie będzie tak strasznie. Dziewczynka pstryknęła włącznikiem, a żarówka kilkakrotnie zamigotała i rozświetliła się żółtym, niezbyt intensywnym blaskiem.

Gabrysia tymczasem z wrodzonym sobie temperamentem szybciutko rozpakowała plecak, wyrzucając wszystkie ubrania na łóżko, aż wreszcie wydobyła dużą czerwoną latarkę, zamachała nią z filuternym uśmiechem przed oczymi koleżanki i wyjaśniła:

– Na wszelki wypadek. Jakby światło zgasło.

Weronika, która raczej nie interesowała się takim rzeczami w obecnej sytuacji ucieszyła się z zapobiegliwości koleżanki, bo nagle poczuła się pewniej, że te mroczne drzewa i wszystko to, co cokolwiek mogło się w nich czaić nie wedrą się do ich pokoju, kiedy migocząca żarówka odmówi posłuszeństwa.

– Kooolacja! – usłyszały donośny krzyk starszej pani z dołu, z pośpiechem więc wybiegły z pokoju, bo nagle poczuły głód i chłód, które wzmagały się pod wpływem cichego zawodzenia wiatru za oknem.

Ciepły posiłek najpierw rozgrzał, a potem rozleniwił dzieciaki, nic więc dziwnego, że zaraz po nim wróciły do swoich pokoi i rzuciwszy się na łóżka zaklikały palcami na swoich telefonach. Gdzieniegdzie na stolikach pojawiły się staromodne planszówki, a Iwona wyciągnęła nawet książkę. Tylko u Gabrysi i Weroniki w pokoju nie pojawiło się nic z tych rzeczy, pojawił się natomiast Krzyś, który stanąwszy przy oknie próbował coś wypatrzeć w bezgranicznej ciemności. Było to przedsięwzięcie z góry skazane na niepowodzenie. Tylko w oddali, po przeciwległej stronie jeziora majaczyły dwa malutkie światełka, mrugające na skutek szarpanej wiatrem gałązki, która raz po raz uderzała z cichutkim stukotem o szybę. Krzyś odwrócił się nagle do dziewcząt, a pod jego stopami skrzekliwie zaskrzypiała drewniana podłoga.

-Strasznie tu jakoś… – podzielił się swoimi wrażeniami.

-Strasznie! – skwapliwie potwierdziła Weronika.

-Nooo! – podchwyciła temat Gabrysia – Bo ja wam mówię, ten pensjonat to stara siedziba księżniczki Hermenegildy! – obwieściła z niekłamaną pewnością. – Jej brat, żyjący po ciemnej stronie mocy, zamienił ją w dwumetrowego węgorza i skazał na wieczne życie w pobliskim jeziorze. Dziewczynka, zadowolona z efektu zaskoczenia, które malowało się na twarzach słuchaczy, z roziskrzonymi oczyma snuła opowieść dalej:

– Ten rybak w czarnym sztormiaku to jej strażnik – mówię wam! I pilnuje całymi dniami i nocami, żeby nie wydostała się na powierzchnię. Ale nic z tego! Hermenegilda jest sprytna! Wydrążyła potajemnie tunel do naszego pensjonatu i połączyła jezioro z jego siecią kanalizacyjną – puściła wodze wyobraźni Gabrysia. –I wcale się nie zdziwię, kiedy w nocy wyjdzie z umywalki… – dokończyła złowróżbnie.

Weronika i Krzyś zamarli na chwilę, oniemiali wizją koleżanki.

– Przestań! Bo nie usnę! – krzyknęła Weronika i zatkała sobie uszy –Przestań! Przestań!

– No już dobrze! – zdziwiła się Gabrysia – tak tylko mówię, bo przyznacie, że ten zakapturzony wędkarz wygląda jakoś dziwnie…

– Niepokojąco – doprecyzował Krzyś. – Siedzieć tyle czasu w łódce przy takiej pogodzie i nawet się nie poruszyć… Rzeczywiście dziwne.

W tym momencie do pokoju zajrzała pani Basia.

– Myjcie się i wskakujcie do łóżek! Jutro czeka nas bardzo intersujący dzień. Będziemy płynąć statkiem po pobliskich jeziorach.

-Super! – ucieszył się Krzyś i natychmiast pobiegł do swojego pokoju, bardziej po to, żeby poszperać o jutrzejszej wyprawie w Internecie, niż po to, by położyć się spać. Dziewczynki natomiast oddały się wieczornej toalecie, Gabrysia z lubością, a Weronika z niemałą obawą. Wciąż dręczyła ją szalona wizja Gabrysi i biorąc prysznic z uwagą obserwowała jego odpływ, czy aby nie ukaże się w nim czarna głowa zaklętej w węgorza Hermenegildy. Na szczęście nic takiego się nie stało i dziewczynka z ulgą owinęła się wkrótce ciepłą kołdrą, ciesząc się w duchu, że znajduje się z dala od wszelkich źródeł wody, a monotonny szum wiatru i cichutko stukająca o szybę gałązka powoli przymykały jej oczy, odsuwając straszliwą historię w niepamięć. Senność zagościła w pokoju i w nieśmiałym blasku księżyca, sączącym się przez niezasłonięte okno, dziewczynki powoli zapadały w sen. I wtedy właśnie, zupełnie niespodziewanie rozległ się przeraźliwy bulgot!

– Hermenegilda! – wrzasnęła Weronika, siadając na łóżku – Na pewno!

– No co ty! – zaoponowała Gabrysia, ale jakoś niepewnie – To głupia, wymyślona historia – próbowała sobie dodać odwagi, chociaż nie była już całkiem pewna, czy sama tę historię wymyśliła, czy też mroczny wędkarz w wielkim, czarnym kapturze przekazał ją jej umysłowi telepatycznie. Zebrała się jednak w sobie, włączyła stojącą przy łóżku czerwoną latarkę i skradając się ruszyła w stronę łazienki. Uchyliła drzwi i snopem światła przeszukała pomieszczenie. Uf! Dopiero teraz złapała oddech:

– Nie ma jej! – oznajmiła koleżance, ale Weroniki nie uspokoiło to jakoś.

– To nie było w łazience. – stanowczo oznajmiła –To było gdzieś koło twojego łóżka.

– No dzięki! Bardzo mnie teraz uspokoiłaś – powiedziała z przekąsem Gabrysia. Nagle opowieść o Hermenegildzie, snuta w tym osamotnionym wśród lasów i jezior pensjonacie nie wydała jej się takim wspaniałym pomysłem. Po niezidentyfikowanym bulgocie pokój już nie wyglądał tak samo. Ciemność za oknem, błękitnawa smuga księżycowego światła na podłodze, szum wiatru, chwilami przechodzący w wycie i natarczywe stukanie gałązki o szybę już nie usypiały, ale budziły lęk. Nic więc dziwnego, że Gabrysia na wszelki wypadek odsunęła swoje łóżko od ściany i z dużą rezerwą położyła się w nim, nasłuchując wszystkich dźwięków, które rozbrzmiewały wokół, a one mnożyły się i mnożyły, choć zupełnie niedawno dziewczynce wydawało się, że w pokoju panowała cisza.

Kiedy Gabrysia otworzyła oczy z ulgą stwierdziła, że za oknem jest już widno. Wyskoczyła z łóżka i na bosaka podeszła do okna, kuląc palce na zimnej podłodze. Nad taflą jeziora unosiła się rzadka mgła, która ciągle zmieniając swoje położenie powoli odsłaniała różne tajemnice. Po środku jeziora, w zielonej łodzi wiosłowej nadal, albo znowu, siedział wędkarz w czarnym sztormiaku z głęboko nasuniętym na czoło kapturem. Gabrysia  wzdrygnęła się na jego widok i zaraz potem usłyszała szept koleżanki:

– O kurczę!

Wspomnienia wydarzeń wczorajszego wieczoru wróciły pomimo dziennego światła.

– Trzeba to wszystko opowiedzieć Krzysiowi! –zawyrokowała dziewczynka i ruszyła w stronę łazienki. Weronika spojrzała za nią i z trudem przełknęła ślinę, uświadamiając sobie, że ona też jakoś będzie musiała umyć zęby i to nachylając się nad umywalką…

ciąg dalszy za tydzień…

„Klub Dziadka Wkrętaka i tramwaj, czyli co w drutach piszczy”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie edukacyjne dla dzieci.

Ciąg dalszy…

– Prąd to nic innego tylko takie mróweczki idące jedna za drugą, z których każda popycha następną. Ponieważ się wzajemnie pchają, nie mogą iść donikąd, muszą chodzić w kółko. Czasami są to bardzo małe kółeczka, a czasami bardzo, bardzo wielkie, liczące nawet setki kilometrów. W jednym drucie idą w jedną stronę, potem dochodzą do łącznika z drugim drutem i wracają nim z powrotem. A potem znowu dochodzą do łącznika z pierwszym i rozpoczynają swoją wędrówkę od początku. – Dziadek uniósł głowę i spojrzał w twarze dzieciaków z nadzieją, że zrozumieli, bo nie przychodził mu do głowy żaden inny pomysł, żeby wyjaśnić ten skomplikowany problem.

Napotkał skupione spojrzenia i niedowierzający uśmiech wnuczki:

– Dziadek, wkręcasz nas z tymi mrówkami! Żadne mrówki nie popchną pociągu!

– I nigdy nie widziałem mrówek wychodzących z gniazdka! – uzupełnił Krzyś.

– Właśnie! – upewniła się Gabrysia – Niezły z ciebie Wkrętak! – dodała z tłumionym chichotem.

– Właśnie! Dziadek-Wkrętak! – potwierdził chłopiec, patrząc na nieodłączny  czerwony śrubokręt w rękach dziadka, zwany też wkrętakiem i szeroko się uśmiechnął.

– No może troszeczkę! Rzeczywiście to nie mrówki, ale elektrony, takie malutkie cząstki atomu, czyli najmniejszej części każdej substancji w przyrodzie. Ale zasada jest ta sama –  żeby był prąd, muszą płynąć w kółko.

– No to skoro prąd musi płynąć w kółko, a w trakcji elektrycznej na kolei płynie tylko w jedną stronę, to gdzie płynie w drugą?  Hm? – Gabrysia z chytrą miną liczyła na to, że jednak przyłapała dziadka na kłamstwie.

– ?! – dołączył pytającym spojrzeniem Krzyś.

– Brawo! – ucieszył się dziadek, bo właśnie otrzymał jasny dowód, że jego słuchacze nadążają za nim myślą i dodał – W szynie.

– To jest absolutnie niemożliwe! – zacietrzewił się chłopiec – Gdyby tak było, to jakbyśmy przechodzili przez tory tramwajowe i nie chcący stanęli na szynę, to by złapał nas prąd.

– No tak! – pospieszyła ze wsparciem dziewczynka – Ja bardzo często staję na szynie, gdy przechodzimy przez ulicę. Specjalnie! I nigdy mnie nie złapał.

– Właśnie dlatego prąd płynie tylko w jednej szynie – cierpliwie tłumaczył dziadek. Pamiętacie? Prąd musi płynąć w kółko. Jeśli nie tworzy pętli, jest niegroźny. Gdyby prąd płynął w obu szynach i taka Gabrysia, która zawsze poszukuje atrakcji, specjalnie stanęła jedną nogą na jednej, a drugą na drugiej, swoim ciałem zamknęłaby pętlę. Wtedy przez jej ciało popłynąłby prąd, czyli jak to się popularnie mówi: „złapałby ją”. Nie byłoby to miłe, bo prąd w trakcji kolejowej lub tramwajowej ma bardzo duże napięcie, około 500 – 800 V, czyli jest bardzo silny. Mógłby nawet doprowadzić taką ciekawską lub nieostrożną osobę do śmierci. Dlatego w drugą stronę prąd płynie w kablu rozciągniętym w postaci trakcji, czyli linii elektrycznej nad torowiskiem. Jest ona umieszczona tak wysoko, że nikt przypadkiem jej nie dotknie, nawet wyciągniętą w górę ręką.

– Dlatego tramwaj lub pociąg elektryczny ma taki metalowy stelaż, który podnosi się i przypina do kabli? – dopytywał Krzyś.

– To się nazywa pantograf – uściśliła dziewczynka – Dziadek mi mówił…

– Właśnie tak. Pantograf to taki „odbierak” prądu. Kiedy maszynista go podnosi, pociąg lub tramwaj podłącza się do linii elektrycznej i zamyka pętlę. Wtedy cały pojazd staje się taką szlifierką podłączoną do gniazdka. Gdy maszynista rozłącza od trakcji pantograf, tramwaj lub pociąg zostaje pozbawiony zasilania, czyli dzieje się to samo, co ze szlifierką, kiedy Gabrysia wyciągnęła kabel z gniazdka – urządzenie przestaje pracować.

– I to prąd, te małe mróweczki napędzają cały pociąg, nawet ekspres? – trudno było uwierzyć dzieciom w opowieść dziadka.

– Tak. Właśnie te mróweczki – tylko jest ich bardzo dużo i biegną bardzo szybko. Ich strumień poprzez ślizgający się po trakcji pantograf przedostaje się do silników elektrycznych pojazdu, które umieszczone są na specjalnych wózkach pomiędzy kołami. Silniki je napędzają i dzięki temu pasażerowie mogą dojechać do celu. Szybko, cicho i bezpiecznie.

– I bez „spadlin” – dodała Gabrysia, która w trosce o środowisko wymyśliła nawet swoją własną, negatywną wersję wyrazu określającego zanieczyszczenia.

– No właśnie – przytaknął dziadek – Bo musicie wiedzieć, że pierwsze wagoniki tramwajowe były ciągnięte przez konie. I wtedy „spadliny” były – zaśmiał się dziadek, gdy tylko spostrzegł, że właśnie przypisał nowe znaczenie dla wyrazu wymyślonego przez wnuczkę. A dzieciaki po krótkiej chwili zawtórowały mu śmiechem.

– To ja już wolę elektryczne! – z ciągłym jeszcze chichotem skwitował Krzyś.

– To dlaczego nasz pociąg nie ma pantografu? – wróciła do sedna sprawy dziewczynka.

– Ten pociąg to tylko zabawka. Nie potrzebuje prądu o wysokim napięciu, żeby jechać. Tak naprawdę potrzebuje prądu słabego, który nikomu nie zrobi krzywdy. Nie ma więc potrzeby wprowadzać dodatkowych środków bezpieczeństwa. W jednej szynie prąd płynie w jedną stronę, a drugą – w drugą. Takim „odbierakiem” prądu, czyli pantografem jest sam parowozik. Trzeba go równo ustawić na szynach, a pod torowisko podpiąć stację sterowania i włączyć ją do gniazdka elektrycznego. Stacja sterowania pozwala ustawiać napięcie pobieranego prądu z domowej instalacji elektrycznej. Dzięki temu pociąg może jechać wolniej lub szybciej. Nigdy jednak nie jest tak wysokie, żeby zrobić człowiekowi krzywdę, nawet jak dotknie dwóch szyn jednocześnie.

– Czy to jest to szare pudełeczko z pokrętłem? – Krzyś trzymał w rękach jedyne nie wykorzystane urządzenie wyciągnięte z pudełka.

– Właśnie tak –potwierdził dziadek. – W takim razie – do pracy! – zaordynował i uklęknął przy kolei Transgarażowej. – Widzicie te zaciski przy jednym z elementów torowiska? Tu właśnie trzeba podpiąć te dwa cienkie druciki, wystające ze stacji.

Gabrysia natychmiast wyciągnęła ręce, aby wykonać zadanie, a Krzyś złapał za wtyczkę kabla, wychodzącego z drugiej strony stacji.

– Spokojnie! – ostrzegł dziadek – Z prądem trzeba uważać! Co prawda jest takie powiedzenie: „Elektryka prąd nie tyka”, ale wy jeszcze elektrykami nie jesteście. Najważniejsze to niczego nie wykonywać pochopnie. Najpierw Gabrysia podłączy kabelki, a ty Krzysiu włożysz wtyczkę do gniazdka na mój sygnał.

Dziewczynka starannie za przykładem dziadka skręciła miedziane końcówki drucików i włożyła je w zaciski. Dziadek sprawdził, czy trzymają się wystarczająco mocno, a kiedy uznał, że tak zawołał:

– Gotowe!

Krzyś uniósł w teatralnym geście rękę do góry, zaśpiewał „Ta dam!” i włożył wtyczkę do gniazdka, ale… nic się nie stało.

Po chwili przedłużającego się milczenia Gabrysia skwitowała:

– Popsuty!

Dziadek tymczasem poprosił Krzysia o odłączenie urządzenia od prądu, wyjął niedawno pieczołowicie wkładane przez Gabrysię druciki z zacisków, i niedowierzając jej dokładności skręcił je mocno. Potem wpiął je z powrotem. Dotknięta tym brakiem wiary Gabrysia spojrzała na dziadka z dezaprobatą.

– No dobra! –zawyrokował – Włączaj Krzysiu!

Chłopiec tym razem już bez wielkiego „Ta dam!” włożył wtyczkę, do gniazdka, ale i tym razem parowóz uparcie stał w miejscu.  Gabrysia wtapiała wzrok w niespełnioną obietnicę dobrej zabawy i nie mogła się pogodzić z porażką, przed którą nie uchroniła ich nawet wyjątkowa staranność dziadka. I wtedy właśnie wpadło jej coś do głowy, bo zaczęła palcem wodzić po całej długości tak skrupulatnie ułożonego torowiska. Dziadek obserwował ją i pozwolił samodzielnie podążyć za wymyślonym tropem. Po chwili do dziewczynki dołączył chłopiec. Razem wodzili po szynach sprawdzając każde łączenie. Dziadka rozpierała radość i duma – jakie mądre dzieciaki! Wszystko zrozumiały z lekcji, którą im przed chwilą udzielił i pewnie rozpłynąłby się w tym błogim uczuciu dobrze wykonanej pracy, gdyby z rozmyślań nie wyrwał go okrzyk dziewczynki:

– Mam! – radośnie zawołała Gabrysia, wyciągając kawałek łupinki orzecha z miejsca połączenia dwóch szyn. W tym momencie coś zazgrzytało, spomiędzy łączenia sypnęło się kilka iskier, a czerwona lokomotywa pognała z największą prędkością z hukiem wywracając się na pierwszym ostrym zakręcie.

– Hura! – podskoczyły z dzikim wrzaskiem dzieci, a zaraz potem Krzyś dodał z triumfem:

– A nie mówiłem, żeby wszystko dobrze posprzątać?! Ta łupina przerwała pętlę i prąd nie mógł płynąć –  podsumował.

– A nie mówiłem, że najważniejsze jest bezpieczeństwo i z prądem trzeba się obchodzić ostrożnie?! Najpierw trzeba odłączyć urządzenie elektryczne od prądu, a dopiero potem przy nim majstrować – zawtórował dziadek.

A Gabrysia, zupełnie nie zważając na ich słowa i udając, że nie są skierowane do niej z uwagą przyglądała się czerwonemu parowozowi i dwóm pasażerskim wagonom pierwszej klasy.

– Strasznie zakurzone! Pasażerowie nie będą zadowoleni. – zawyrokowała i skierowała się ku umywalce. – Trzeba je umyć –oznajmiła.

– Tylko delikatnie! I musisz je potem bardzo dokładnie osuszyć. Z wodą i prądem nie ma żartów –ostrzegł dziadek i tym razem Gabrysia bardzo poważnie potraktowała jego ostrzeżenie. Chociaż dodała za chwilę:

– A właściwie dlaczego? – bo przecież nie byłaby sobą, gdyby pozostawiła tę sprawę bez wyjaśnienia.

– Woda bardzo dobrze przewodzi prąd –  pospieszył z odpowiedzią dziadek – Dlatego właśnie nie można się kąpać w rzekach, jeziorach i morzu w czasie burzy. Gdyby w taki zbiornik wodny uderzył piorun, amator kąpieli poczułby się jak podłączony do linii elektrycznej. A piorun to prąd o baaardzo duuużej mocy – kontynuował, nie zważając na to, że dzieci były już skupione zupełnie na czymś innym i cierpliwie ustawiały lśniący czystością parowóz na tory i uważnie podłączały do niego dwa pasażerskie wagony.

Gabrysia nachyliła się nad stacją i z uwagą operując pokrętłem delikatnie zwiększała prędkość pociągu. Skład sunął po tych wszystkich mostach i wiaduktach, przez wszystkie zwrotnice i tunele wydając cichy szum elektrycznego silnika. Skupiona na zadaniu dziewczynka mknęła wraz z nim przez zielone doliny, rwące rzeki, skaliste szczyty gór, przez płaskowyże i lodowce, błądząc w wyobraźni po krajobrazach dziewiętnastowiecznej Kolei Transandyjskiej. Na chwilę wróciła do domowego garażu, uniosła palec wskazujący lewej ręki do góry w geście ostrzeżenia i podsumowała wszystkie dzisiejsze doświadczenia ulubionym powiedzeniem swojego dziadka, dziadka-Wkrętaka:

– Tak! Tak! Rób raz, a porządnie!

„Klub Dziadka Wkrętaka i tramwaj, czyli co w drutach piszczy”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie edukacyjne dla dzieci.

Gabrysia siedziała w pracowni dziadka i łupała orzechy włoskie swoją osobistą „rozłupywarką”, czyli kluczem regulowanym, zwanym popularnie „żabką”. Łupiny strzelały w powietrze i przyjmowały nieprzewidywalne trajektorie lotu (trajektoria – linia, po której porusza się ciało w przestrzeni), na co dziadek zdawał się w ogóle nie zwracać uwagi. Gabrysia z resztą też, zupełnie nie zawracając sobie głowy takim szczegółem, jak „kto to wszystko posprząta”.  Ale prawda jest taka, że ktoś kiedyś o tym pomyśli i to właśnie ona, jako sprawca, będzie musiała się tym zająć. Ale to potem… Tymczasem łupiny strzelały dalej, a Gabrysia żałowała niezmiernie, że stałe górne jedynki, które jej niedawno wyrosły mimo swych pokaźnych rozmiarów nie przypominają wiewiórczych zębów i przez to jej życie w tej chwili jest nieco bardziej skomplikowane, niż żywot małych, rudych gryzoni skaczących po orzechowym drzewie w ogrodzie babci i dziadka. I tak dziewczynka dochodziła powoli do wniosku, że świat nie jest sprawiedliwy, a człowiek niezbyt hojnie obdarzony przez naturę w przydatne organy musi otaczać się skrzynkami z narzędziami, żeby jakoś w tym świecie przeżyć. Gdy tylko ułożyła sobie swoje przemyślenia w głowie, postanowiła podzielić się nimi z dziadkiem. Ale dziadek ośmielił się z nią nie zgodzić:

– No tak, co prawda nie mamy wiewiórczych siekaczy, które pomagają nam przygotować sobie posiłek, nie mamy też ostrych pazurków, dzięki którym możemy wspinać się na drzewa i nie mamy puchatego ogona, który zapewnia sterowność podczas skoków, ale mamy narząd, który te wszystkie braki nam wynagradza.

– …?

-Mamy dobrze rozwinięty mózg, Gabrysiu, i to dzięki niemu możemy sobie ze wszystkim poradzić.

– Jednak potrzebujemy „rozłupywarki”, żeby zjeść orzech… – nie dawała za wygraną dziewczynka.

– To prawda. Ale potrafiliśmy ją wymyślić i zrobić. I tym właśnie różnimy się od zwierząt – umiemy wykonywać narzędzia i się nimi posługiwać. A tak przy okazji, to do rozłupywania orzechów służy dziadek do orzechów, a nie klucz regulowany! – skwitował dziadek.

– Ale ja też mam mózg i jak nie mam dziadka do orzechów to potrafię posłużyć się kluczem dziadka. To prawie to samo! – roześmiała się Gabrysia, a łupiny zaczęły strzelać dalej. Na szczęście dziadek przygotowywał się do ostrzenia metalowego pręta na szlifierce i założył ochronne gogle, które stanowiły też doskonałe zabezpieczenie przed ostrymi fragmentami orzechowych łupin. A może to nie był przypadek? W końcu nikt nie lubi nagłych wizyt na ostrym dyżurze okulistycznym z wbitym ciałem obcym w oku.

Tak, czy inaczej, zaburczał silnik urządzenia i wokół szlifierki zaczęły sypać się pomarańczowe iskry. Gabrysia, która obserwowała wszystko z bezpiecznej odległości wpatrywała się w dziadka w roboczym fartuchu i goglach, ze zmierzwionymi włosami, który wprawnie obracając palcami wyczarowywał połyskliwe iskierki, wyskakujące spod jego rąk jak magia z dłoni czarodzieja i pomyślała, że ma najbardziej niezwykłego dziadka na świecie. Dziadka, który z niczego zawsze potrafi zrobić coś i który stąpa na granicy rzeczywistości i iluzji z ulubionym śrubokrętem w kieszeni, niczym czarodziejską różdżką, która może wszystko.

Iskry się sypały i sypały, aż zadzwonił dzwonek do furtki i dziadek wyłączył maszynę.

– To na pewno Krzyś! – zawołała dziewczynka i pobiegła otworzyć drzwi przyjacielowi.

– Jaki tu bałagan – rzeczowo stwierdził chłopiec, gdy tylko zajrzał do pracowni.

– No co ty! To tylko łupiny. Sama ekologia. – bagatelizowała problem Gabrysia.

– Trzeba tu posprzątać – zadecydował Krzyś i energicznie wziął się do pracy, wrzucając łupiny do podręcznego pudełka. Zawstydzona zachowaniem przyjaciela dziewczynka skakała po pracowni w kucki, udając pewnie wiewiórkę i zbierała swoje ekologiczne śmieci, które przy każdym skoku ponownie wysypywały jej się z dłoni.

– Tak, to nigdy nic nie zbierzesz – ostrzegł ją chłopiec.

– Ale za to tak jest fajnie! – podsumowała koleżanka i wystawiła przednie górne ząbki, żeby jeszcze bardziej upodobnić się do ulubionego gryzonia.

– I ty to wszystko sama zjadłaś? – dziwił się Krzyś ilości porozrzucanych łupin. – Ja nie lubię orzechów.

– Ja też nie! – przyznała się Gabrysia – Ale lubię rozłupywać. Takie życie!

Chwilę trwało, zanim wszystkie łupiny znalazły się w koszu na śmieci, a po niej nastała cisza. Przyszedł czas, żeby pozwolić wybiec myślom w przód i znaleźć zajęcie, którym oddadzą się ręce i umysł, ale żaden pomysł nie chciał przyjść do głowy, a cisza przeciągała się w nieskończoność – chociaż z perspektywy dziadka, trwała zaledwie minutę. Dziadek, który przygotowywał się do ponownego uruchomienia szlifierki postanowił jednak nie zostawić wypadków własnemu biegowi i zasugerował:

– Zniosłem dziś ze strychu kolejkę elektryczną twojej mamy, Gabrysiu. Może chcecie sprawdzić czy działa?

– Kolejkę? Taką prawdziwą? – wyraźnie zainteresował się Krzyś – Taką, jak w Muzeum Kolejnictwa? Sama jeździ? Na prąd?

– Tak. Na wszystkie pytania – nie marnował czasu dziadek. – Jest w kartonie pod ścianą – doprecyzował i wiedział, że od teraz będzie mógł bez przeszkód zająć się swoim prętem.

Dzieciaki tymczasem otwierały już stare pudło po telewizorze marki Helios i niecierpliwie wyjmowały poszczególne elementy starej kolejki piko. Szyny, szyny i  szyny – proste, zakręty, zwrotnice, jakaś szara skrzynka, wagony – osobowe i towarowe i nareszcie: parowóz – piękny i czerwony.

– Łał! – nie mogła ukryć podziwu Gabrysia.

– Szkoda, że tunelu nie ma… – zmartwił się Krzyś.

– Możemy zrobić z pudełka po butach. Mama kupiła w sobotę szpilki. – szybko podsunęła pomysł dziewczynka i zaraz przystąpiła do budowy torowiska. Łączenie szyn nie było jednak takie proste, jak w kolejce lego, którą bawiła się w swoim pokoju. Tu zajęcie to wymagało znacznie większej precyzji. Otworki były malutkie, a sztyfty stosunkowo giętkie. Trzeba było więcej skupienia i uwagi, a to u Gabrysi towar deficytowy. Dziewczynka szybko zaczęła tracić cierpliwość. Na szczęście, niezawodny w takich sytuacjach Krzyś, wziął większość tej żmudnej pracy na siebie. Powoli, ale systematycznie torowisko wydłużało się i komplikowało coraz bardziej – zakręty, tunele, wiadukty, zwrotnice. Gabrysia nie poprzestawała na łatwych rozwiązaniach, strzelając pomysłami, jak z rękawa, a Krzyś, niczym dorosły mężczyzna stawał na wysokości zadania, ażeby zaspokoić jej oczekiwania. Rezultat ich pracy okazał się imponujący – linia kolejowa o wysokim stopniu skomplikowania. Krzyś ustawił parowóz, podczepił wagony i przygotowywał się do uruchomienia zabawki. Nigdzie jednak nie mógł znaleźć włączającego guzika. Obejrzał dokładnie parowóz i znalazł mały przełącznik na jego podwoziu, przełączył go, ale… nic się nie stało.

– Trzeba włożyć baterie – zaordynował i próbował się zorientować jakie.

– Chyba paluszki, nic większego się tu nie zmieści – zaczął się głośno zastanawiać.

Gabrysia, gdy tylko to usłyszała pobiegła do dziadka i zaczęła dawać mu tajemnicze znaki, żeby wyłączył głośno terkoczącą szlifierkę. Skakała, machała i robiła pytająco-maślane oczy, upodobniając się do bezradnego kota ze Shreka, ale dziadek, pochłonięty swoim zajęciem wyczarowywania pomarańczowych zimnych ogni, zupełnie nie reagował. Dziewczynka zrozumiała, że nie ma szans w ten sposób zwrócić na siebie uwagi dziadka, ale też ze względu na sypiące się iskry bała się do niego zbliżyć. Rozejrzała się badawczo po pracowni i zawiesiła wzrok na gniazdku elektrycznym w sąsiedztwie warsztatu. Niesforna myśl zakiełkowała jej w głowie i idąc za nią Gabrysia wyciągnęła wtyczkę z gniazdka. Silnik urządzenie dziadka natychmiast ucichł, a rozpędzony kamień szlifierski zaczął obracać się coraz wolniej, aż wreszcie stanął, wydając z siebie ostatni terkot. Zdziwiony dziadek odwrócił się i spojrzał na wnuczkę. Dostrzegłszy jej szelmowski uśmiech, od razu zrozumiał, co się stało.

– Dziadku, masz baterie? – szybko zwróciła się do niego z prośbą Gabrysia.

– A po co wam baterie? – odpowiedział dziadek pytaniem na pytanie.

– Do pociągu! – Gabrysia nie mogła uwierzyć w ten brak domyślności ze strony dziadka.

– Ten pociąg nie potrzebuje baterii. Trzeba go podłączyć do gniazdka.

– Jak podłączyć? Przecież ten parowóz nie ma kabla – zdziwiła się dziewczynka.

I dopiero wtedy dziadek zrozumiał, że dał dzieciakom zabawkę z innej epoki, a oni nie mają pojęcia o jej obsłudze. Opuścił więc swoje stanowisko pracy i postanowił udzielić im instrukcji. Gdy spojrzał na karkołomną linię kolejową, był pod wrażeniem. Najwybitniejsi inżynierowie w najtrudniejszych warunkach terenowych nie wykazaliby się większą wyobraźnią i nie postawili maszynisty przed niebanalnym wyzwaniem poprowadzenia po niej pociągu. Tunele z tekturowych pudełek po butach, zwrotnice na łuku ostrego zakrętu, fragmenty lodowca z resztek styropianu i most nad rwącą rzeką z folii bąbelkowej.

– No to widzę, że przerośliście samego Ernesta Malinowskiego! – skomentował budowlę dziadek.

– Nie znam – skwitowała Gabrysia – Ale wnioskuję, że nie był za wysoki…

– Przerośliście wyobraźnią – doprecyzował dziadek – nie wzrostem!

– No przecież wiem! – oburzyła się wnuczka – Tak tylko żartuję…

– A kto to był? – zainteresował się Krzyś, nie zważając na toczącą się w tle rozmowę.

– Polski inżynier, który zaprojektował Kolej Transandyjską w Peru. To najwyżej położna linia kolejowa na świecie – prawie na wysokości 5000 m n.p.m. – odpowiedział dziadek.

– Wow! To tak jakby na Mont Blanc wjechać pociągiem! – zaciekawił się chłopiec.

– A nawet trochę wyżej – wyjaśnił dziadek – Domyślacie się chyba w jakich karkołomnych warunkach te pociągi musiały jeździć?

– Same tunele i wiadukty – dołączyła do rozmowy Gabrysia – Tak, jak u nas!

– Tak, jak u was –zgodził się dziadek – a nawet więcej. Na zboczach stromych gór często nie było miejsca na wykonanie pętli, więc wagony ciągnęły dwie lokomotywy. Jedna była podłączona z przodu, druga z tyłu i na bardzo trudnych odcinkach prowadziły pociąg na zmianę – zygzakiem. A kiedy pociąg już się wspiął na najwyższe szczyty, jego pasażerowie mieli problemy z oddychaniem, dlatego zawsze w składzie jechał pielęgniarz. Kiedy trzeba było podsuwał worek z tlenem lub udzielał pierwszej pomocy – To my też zbudujemy taki zygzak!  – zapaliła się Gabrysia

– I taką górę! – rozwinął wodze wyobraźni Krzyś.

– I nazwiemy naszą kolej Transgarażową! – rozkręcała się dziewczynka.

– Tyle, że po Transandyjskiej jeździły pociągi parowe, a waszą – elektryczne.

– Jak to? – zdziwił się chłopiec.

– W XIX wieku nie było jeszcze pociągów elektrycznych, a wtedy właśnie wybudowano kolej Transandyjską. Linia była przygotowana dla lokomotyw parowych. Nie wybudowano trakcji elektrycznej – wyjaśnił dziadek.

– Ale nasz też nie ma trakcji elektrycznej. Chyba że coś przegapiliśmy – zastanawiał się Krzyś.

– Albo druty się zgubiły – uzupełniła Gabrysia.

– Ten pociąg nie potrzebuje drutów. Prąd płynie w szynach – pospieszył z odpowiedzią dziadek, zanim wnuczka zacznie snuć swoją teorię dalej.

– To niemożliwe – zdecydowanie postawił sprawę Krzyś – Jak pociąg jest elektryczny to musi być trakcja, nawet tramwaj ją ma.

– I tak, i nie. Rzeczywiście pociągi elektryczne potrzebują trakcji. Ale nie tylko. Prąd w kablu nad dachem pociągu płynie tylko w jedną stronę. A żeby pociąg jechał prąd musi płynąć w pętli – dziadek wziął kartkę i ołówek, i zaczął rysować…

ciąg dalszy za tydzień 🙂

„Godzina W”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie edukacyjne dla dzieci.

Gwar na Dworcu Centralnym w Warszawie nie różnił się od tego we Wrocławiu. Maciek miał nieodparte wrażenie, że tłum podróżnych, tych „jednodniowych”, bez bagażu i tych „wakacyjnych”, z wielkimi walizami, torbami i pleckami bezładnie miesza się jak w misce z mikserem, kiedy mama robi ciasto. Tu jednak każdy próbował dotrzeć w jakiś sposób do swojego celu – pociągu, wyjścia, budki z hotdogami, toalety. Nie zawsze udawało mu się to za pierwszym razem. Na przykład ten pan w średnim wieku z żółtą walizką już trzeci raz zmienił kierunek. Mota się między tabliczkami informacyjnymi, patrzy w telefon, pewnie na Google Mapsy i błądzi wzrokiem dokoła próbując zlokalizować miejsce, w którym się obecnie znajduje. Maćkowi nawet zrobiło się go żal. Gdyby umiał mu jakoś pomóc, pewnie by to zrobił, ale dla niego to miejsce też było nowe. Był już kiedyś w Warszawie, z rodzicami, ale samochodem. Nocował u cioci Agaty. Dworca kolejowego nie znał więc kompletnie. Dobrze, że jest z dziadkiem. Dziadek o Warszawie wie wszystko. I dla pewności ścisnął mocniej jego rękę. Głupio byłoby się zgubić.

– Warto nam było tutaj się ciągnąć na jeden dzień? – spytał mimochodem dziadka. Tak, żeby zacząć rozmowę. Dziadek był raczej wstrzemięźliwy w słowach. Komunikował się zwykle rzeczowo i konkretnie. Nie lubił strzępić języka. Nic dziwnego, że zagajenie pogawędki nie przyniosło rezultatu.

– Jeden, ale szczególny – powiedział dziadek. „I to by było na tyle” – pomyślał chłopak o swoim planie pogadania z dziadkiem. Zaczął więc znowu wnikliwie badać wzrokiem otoczenie. Ruchome schody, podziemny korytarz, przystanek autobusowy i autobus – nawet podobny do tych, które jeżdżą w jego mieście. Po kilku minutach jazdy wysiedli przed wielkim cmentarzem otoczonym murem z czerwonej cegły. Pod nim rozkwitły czerwonymi i białymi kwiatami stragany. Wielu przechodniów zatrzymywało się przy nich i kupowało je, a wraz z nimi znicze i biało-czerwone flagi z czarną kotwicą Polski Walczącej. Ten znak Maciek zidentyfikował bez trudu. Dziadek wiele razy mu o nim opowiadał. Połączone w jedność dwie litery „P” i „W” symbolizują Polskę i Walkę. Całość w postaci kotwicy miała oznaczać nadzieję na niepodległość. Powstał w roku 1942 – tym, samym, w którym urodził się dziadek. W tym czasie, w którym prababcia Maćka kołysała nowonarodzone dziecko w ramionach, pradziadek Stefan pod tym znakiem brał udział w jakiejś akcji dywersyjnej przeciwko okupantowi, czyli Niemcom, aby skrócić drogę do wolności. Wysadzał pociągi, odbijał jeńców, pomagał oddziałom ukrytym w lasach. Był żołnierzem Armii Krajowej, ale takim „nie wprost”. Nie miał munduru i karabinu. Nosił czarne oficerki i „visa” za paskiem spodni, ukrytego pod kraciastą marynarką. Służył Polsce w ukryciu. Był takim „miejskim partyzantem”. Teraz Maciek stał z dziadkiem pod jednym ze straganów i wpatrywał się w symbol „Kotwicy” na jednej z papierowych flag. Wokół panowała atmosfera święta, a Maciek nie za bardzo wiedział o co chodzi. Przecież dziś na pewno nie jest 1 września – rocznica wybuchu II wojny światowej, podczas której to wszystko się działo. Wiedziałby przecież, bo wtedy tradycyjnie zaczyna się rok szkolny, a wakacje jeszcze się nie skończyły. Jeszcze ma przecież w planach wycieczkę do Chorwacji z rodzicami i Julitą. Nie jest również 8 maja – dzień podpisania kapitulacji zwyciężonych Niemiec, czyli koniec tej koszmarnej wojny, która trwała prawie sześć lat. A więc…

Rozmyślania przerwał mu głos dziadka:

– Trzy czerwone i trzy białe mieczyki poproszę.

– Gladiole znaczy – dopytywał młody sprzedawca.

– Tak – znowu bardzo konkretnie odpowiedział dziadek – i trzy znicze, i zapałki.

A po chwili zastanowienia, kiedy dostrzegł spojrzenie wnuczka utkwione w czarnym znaku Polski Walczącej dodał jeszcze:

– I tę małą flagę poproszę.

Po czym wręczył tak zakupiony symbol narodowy Maćkowi. Chłopak przeraził się trochę. Czy naprawdę ma spacerować po Warszawie z papierową flagą w ręce? Jak małe dziecko na festynie? I z ulgą pomyślał, że przecież w Warszawie nikt go nie zna, a prawdopodobieństwo spotkania tu chłopaków z klasy jest naprawdę znikome. Mimo to czuł się głupio idąc za dziadkiem wzdłuż cmentarnego muru. Ze wzrokiem wbitym w chodnik przekroczył cmentarną bramę z napisem „Cmentarz Wojskowy – Powązki”. Kiedy znów spojrzał do góry nagle poczuł się dużo lepiej. Wokół dostrzegł mnóstwo spacerujących ludzi. Wszyscy z flagami, znaczkami, naklejkami. Na wszystkich na biało-czerwonym tle czarna „Kotwica”. Wśród nich było wielu harcerzy i żołnierzy w pełnym umundurowaniu – niektórzy z puszkami na datki na renowację grobów, niektórzy uwijający się w pośpiechu podczas sprzątania i ozdabiania żołnierskich mogił, inni maszerujący całymi zastępami w pełnym harcerskim umundurowaniu. Jacyś kamerzyści, jakieś wozy transmisyjne, starsi panowie i panie, niektórzy z biało-czerwoną opaską na ręku. Jednym słowem duże zamieszanie i duży ruch, a jednak na tych zacienionych przed rozgrzanym, letnim słońcem alejkach unosiła się atmosfera spokoju i zadumy. Nikt nie krzyczał, nie złościł się jeden na drugiego, nie narzekał – jak to zwykle podczas pośpiechu. Wszyscy gdzieś szli, coś robili a jednocześnie jakby zatrzymali się w biegu – jakby w zwolnionym tempie, czasami nawet zatrzymani w kadrze nad brzozowym krzyżem, na miejskim bruku, przed rzędem takich samych mogił ciągnących się jak okiem sięgnąć.

– Dziś jest rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego – na chwilę odezwał się dziadek. I Maćkowi wszystko się rozjaśniło. No tak! 1 sierpnia. O tym mówiła mu przecież mama, kiedy karmiąc Julitę przekonywała go do wyjazdu z dziadkiem do Warszawy. Powstanie Warszawskie – 63 dni walki zakończonej co prawda klęską, ale pełne nadziei na wolność, na przywrócenie życia w obezwładnionym terrorem mieście. To podczas niego zginął przecież pradziadek Stefan, a prababcia Zosia z dziadkiem Zbyszkiem i ciocią Agatą uciekała przez Kampinos z Warszawy. Dziadek miał wtedy dwa lata a ciotka Agata, jak Julita, jeszcze piła mleko z butelki. Prababcia Zosia zapakowała swoje dwie małe pociechy na wiejską furmankę i przedzierała się polnymi drogami byle dalej od płonącej Warszawy. Pradziadek Stefan walczył ze stenem w ręku i butelką z benzyną w powstańczym oddziale na Żoliborzu, a prababcia Zosia walczyła, aby uratować swoje dzieci. „Oboje byli bardzo dzielni” – mówiła mama. A Maciek nawet tę dzielną prababcię trochę pamięta. Prababcia z dziećmi uciekła do jakiś swoich krewnych koło Sieradza, a pradziadek Stefan został ranny w Powstaniu. Zmarł kilka dni później w polowym szpitalu, urządzonym naprędce w piwnicach jednej z kamienic. Prababcia dowiedziała się o tym już po wojnie od swojej koleżanki, Ireny, która była w nim sanitariuszką. Po tej wiadomości przeniosła się z dziećmi do Wrocławia. Nie chciała wracać do Warszawy. „Tam już nigdy nie będzie dla mnie tak samo” – odpowiadała, gdy jej dzieci pytały dlaczego nie wróciła do rodzinnego miasta. Zawsze jeździła jednak 1 sierpnia na Powązki, najpierw sama, potem z dorastającymi dziećmi. Dziadek Zbyszek przyjeżdża co roku do dzisiaj, a ciotka Agata zamieszkała po studiach w Warszawie. Pewnie zaraz pojadą do niej na obiad. I na tę myśl Maciek poczuł się nagle głodny, bo dziadek, jak to dziadek zapomniał, że chłopak w jego wieku ciągle chce jeść, a od wczesnego śniadania we Wrocławiu nie miał nic jeszcze w ustach

– W tym roku zapalimy znicze i złożymy kwiaty tutaj – do Maćka dotarł przez ssanie w żołądku głos dziadka. Żeby połączyć fakty spojrzał na nagrobną tabliczkę i poczuł, że nic nie rozumie. To pewnie z głodu. Na tabliczce zamiast napisu „Porucznik Stefan Gałązka” litery układały się w tekst „Żołnierz nieznany”. Nie zdążył nic jeszcze powiedzieć, ale widocznie jego mimika twarzy pokazała już wszystko, bo dziadek zwykle nieskory do wyjaśnień, uzupełnił.

– Mimo wielu starań nigdy nie udało się nam odnaleźć ojca i pochować pod jego nazwiskiem. Tak właśnie wygląda wojna… Zabiera wszystko. Nawet tożsamość.

Maciek spojrzał dziadkowi w oczy. Zamyślone, odległe, smutne. I pomyślał nagle, że dziadek Zbyszek był tak samo dzielny jak jego ojciec i matka. Przecież nigdy nie zagrał z ojcem w piłkę, nigdy nie poszedł z nim na basen, nigdy nie odrabiał z nim trudnego zadania z matematyki i nawet nigdy ojciec na niego nie nakrzyczał. Jakże inaczej wyglądałoby jego życie, gdyby nie wojna, nie powstanie. Może nawet byłby kimś innym, a nie historykiem, który uparcie próbuje dojść o co w tym wszystkim chodziło.

– Było ci pewnie ciężko bez taty? – zdobył się na szczerość Maciek.

Ale dziadek nic nie odpowiedział. Dopiero kilka minut później, kiedy szli już alejką do wyjścia, dziadek zaczął mówić, wnikliwie ważąc słowa:

-Tak, było mi ciężko. Byłem nawet na niego zły, że poszedł do powstania a nie wyszedł z miasta z nami. Miał dwójkę dzieci. Mógł to zrobić. Nikt nie nazwałby go tchórzem. Ale potem, im bardziej byłem starszy i im więcej wiedziałem o tym, co się wtedy działo, zrozumiałem, że w tamtych okolicznościach zrobiłbym tak samo. I wcale nie chodziłoby tu o obowiązek wobec ojczyzny. Zrobiłbym tak, dlatego, że już nie mógłbym dłużej wytrzymać. Kiedy ktoś gardzi tobą nieustannie i odbiera wszystko, co masz, najpierw próbujesz nie zwracać uwagi, potem go unikasz, aż wreszcie po prostu czujesz, że musisz się mu postawić, powiedzieć „nie”, bo inaczej sam zacząłbyś sobą pogardzać. Rozumiesz? Chodzi o to, żeby poczuć się chociaż przez chwilę kimś ważnym i wartościowym. Bo ta chwila da ci siłę na dłużej. Mojemu ojcu Niemcy zabrali ostatecznie nawet nazwisko, ale bez niego został bardziej sobą, niż był wtedy Stefanem Gałązką. I dzięki niemu my teraz możemy być sobą. Ty, ja i mała Julita.

*

*                     *

– Nie mogę się na ciebie napatrzeć. Taki jesteś duży i taki mądry – chwaliła Maćka ciotka Agata po naprawdę pysznym obiedzie i jeszcze pyszniejszym cieście z rabarbarem. – Odwiozę Was na dworzec. Koniecznie ucałuj ode mnie rodziców i Julitkę! – ciotka Agata w przeciwieństwie do brata lubiła mówić i mówiła dużo, ale teraz nie było już na to czasu. Musieli się spieszyć, żeby zdążyć na pociąg do Wrocławia. Szybko wyszli z domu i „popędzili” – jak mówiła ciotka – na autobus. Co prawda dla Maćka z pędem ich spacer na przystanek niewiele miał wspólnego, ale ta ocena wiązała się pewnie ze sporą różnicą wieku. Kiedy zbliżali się do celu przy rondzie de’Gaulle’a zaskoczył Maćka tłum – większy niż rano na dworcu. Wokoło ludzie w różnym wieku – starzy, młodzi i dzieci, nawet takie w wózeczkach, jak Julita. Rozmawiali, kręcili się wokół, czekali. Niespodziewanie zawyły syreny. Nagle cały ruch zamarł. Samochody, autobusy, tramwaje stanęły w miejscu, z niektórych wysiedli pasażerowie. Przechodnie zamarli w miejscu. Ci, którzy mieli przy sobie biało-czerwone chorągiewki unieśli je do góry. Maciek swoją też uniósł. Nie wiadomo skąd wystrzeliły czerwone świece dymne. Nastała cisza. Tylko to wycie syren – takie przeraźliwe, takie straszne, takie złowieszcze. Minuta ciszy. 17.00. Godzina W. Warszawa oddaje hołd swoim bohaterom. Była z nimi wtedy – spalona, zniszczona, odarta z godności. Jest teraz. Pamięta. Znowu tętni życiem. Syreny ucichły. Jeszcze chwila i mieszkańcy powoli budzą się z zamyślenia, idą coraz szybciej, mówią coraz głośniej, wracają do swoich spraw. Ruch uliczny powoli znowu nabrzmiewa w korki. Maciek z dziadkiem i ciotką Agatą wsiadają do nadjeżdżającego autobusu. Po chwili są już na dworcu. Ostatnie uściski i przytulasy.

– Jedźcie szczęśliwie! Bądźcie zdrowi! Ja jeszcze wieczorem pójdę pośpiewać – woła już z peronu ciotka Agata do wyglądających przez okno pociągu dziadka Zbyszka i Maćka. – Pa, kochani!

Pociąg zaturkotał po szynach i zniknął w tunelu.

– O jakim śpiewaniu mówiła ciocia? – zapytał Maciek.

Ale dziadek go nie usłyszał, był ciągle nieobecny myślami. Z odpowiedzią za to pospieszyła młoda dziewczyna, siedząca obok.

– Zawsze w Warszawie 1 sierpnia, już od 2005 roku, wieczorem na Placu Piłsudskiego mieszkańcy Warszawy śpiewają „(Nie)zakazane piosenki”. Byłam tam rok temu. Na scenie gra orkiestra i wyświetla się tekst piosenek z Powstania Warszawskiego a wszyscy je śpiewają. To niesamowite wrażenie. Szkoda, że nie mogę być w tym roku… – zamyśliła się dziewczyna.

– Ja też bym chciał zobaczyć – dodał cicho chłopiec.

– Zawsze w telewizji jest transmisja. Możesz obejrzeć – poradziła mu współpasażerka.

– Super! – ucieszył się Maciek – może zobaczę ciotkę Agatę? – i zaraz się stropił, bo przypomniał sobie, że ciotka nie śpiewa za dobrze. Ale w takim tłumie i tak nikt jej nie usłyszy – pocieszył się zaraz, po czym pieczołowicie ułożył swoją papierową biało-czerwoną chorągiewkę z czarną kotwicą na półce nad głową. Teraz już się jej nie wstydził. Ta chorągiewka była na „Godzinie W” w Warszawie i była częścią czegoś, o czym Maciek nie mógł zapomnieć. Pamięć. Musi opowiedzieć chłopakom.