„Wakacyjne dylematy”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie edukacyjne dla dzieci.

Ania siedziała na kanapie nerwowo tupiąc nogą. Absolutnie nie może się zgodzić na propozycję mamy. Dwa tygodnie na plaży! Toż to prawdziwa nuda! A mamie na hasło „wakacje” zawsze przed oczyma staje właśnie leżak i książka. A ona, a Eryk, a Tata – co oni mają robić? Znowu propozycja taty też nie jest taka kusząca – jezioro zarośnięte trzcinami w leśnej głuszy, wiaderko pełzających robaków i wędka. Chyba już najkorzystniejsza jest oferta Eryka, ale zdecydowanie najlepsza – jak to zwykle bywa – jest jej własna. I od razu wyobraźnia Ani podsuwa jej najładniejsze widoki – sylwetki strzelistych gór na horyzoncie skąpane w porannej mgle, zapach świerków i rosy, chrzęst kamyków pod butami trekkingowymi…

– Podsumujmy – mówi tata, otwierając jednocześnie laptop na kolanach – Ty, Olu chcesz pojechać nad morze, Ania w góry, a Eryk na spływ kajakowy, ja oczywiście do Przyjezierza. Czyli nie widzę rozwiązania…

– Przyjezierze i morze to nuda. Wakacje wcale nie są od tego, żeby się nudzić – stanowczo wyraził swoje zdanie chłopiec.

– Jak to nie? – zdziwiła się mama. – Po to właśnie są! Żeby odpocząć, nic nie robić, siedzieć sobie i patrzeć, albo czytać, nie pracować, nie myśleć, nie planować. Takie NIC – nic zamiast wszystkiego.

– No nie, niezupełnie NIC. Wakacje są po to, żeby po całym roku siedzenia w mieście pooddychać świeżym powietrzem i poobcować z przyrodą – ośmielił się doprecyzować tata.

– Właśnie. Wędrówka po górach to znakomity na to sposób – wstrzeliła się ze swoją propozycją Ania.

– A pływanie kajakiem to nie? – nadal walczył o swoją opcję Eryk.

– To już wolę morze, przynajmniej można posiedzieć – tacie propozycja mamy wydała się nagle atrakcyjna. – Wasze pomysły są za bardzo męczące, jak praca.

– A pani Elżbieta mówiła, że wakacje były wymyślone właśnie po to, żeby pracować; że dzieci w szkole miały wolne, żeby pomagać w pracach polowych, które się zaczynały z początkiem lata, a kończyły po jesiennych zbiorach. – Eryk wytoczył ciężką artylerię i powołał się na słowa swojej nauczycielki.

Jednak tata, który nie zamierzał się tak łatwo poddać i na dodatek znał łacinę (zupełnie nie wiadomo po co!) chętnie wszedł w rejony dobrze mu znane i z dużą swobodą odbił, zaserwowaną przez syna, piłeczkę:

– A wiecie skąd się w ogóle wzięła nazwa „wakacje”? – rzucił szybkie pytanie i jeszcze szybciej na nie odpowiedział – Nawiązuje do łacińskiego „vacatio”, co oznacza uwolnienie i oswobodzenie. Jak myślicie od czego?

– Od obowiązków  – pospieszył z odpowiedzią Eryk i żeby nie pozostawiać miejsca na niedopowiedzenie rezolutnie dodał – co wcale nie oznacza, że od aktywności fizycznej. Normalny człowiek, tato, potrzebuje ruchu.

– I to dużo. Żeby się rozwijać – pomogła bratu Ania, bo walka o aktywne wakacje leżała także i w jej interesie.

– Ale dorośli ludzie potrzebują już go trochę mniej – nie dała się zbić z tropu, spragniona błogiego lenistwa, mama.

– Pierwszymi wakacyjnymi turystami byli starożytni Rzymianie, a dokładniej arystokracja rzymska, czyli tzw. patrycjusze. Każdy z nich miał drugi dom, z daleka od stolicy, do którego chętnie wyjeżdżał, by odpocząć po trudach pracy w senacie – nie zważając  na to, że rozmowa popłynęła już dalej, tata uparcie wrócił do swojej wypowiedzi. – Wyjazdy na wieś. Tak to się zaczęło. Potem były uzdrowiska, góry, morze i jeziora. Ale zawsze ludzie wyjeżdżali po to, by odpocząć. A najlepiej się odpoczywa łowiąc ryby. Ja wam to mówię – tata nie pozostawił najmniejszej wątpliwości, że jednak nie zmienił zdania w sprawie wspólnych wakacji.

– Najlepiej się odpoczywa leżąc na plaży – słońce, szum wody i dobra książka – mama także nie złożyła broni. Ale od razu wtrąca się Ania:

– Nieprawda. Najfajniej jest kiedy pot zalewa ci oczy, a ty stoisz na szczycie i się cieszysz, że się tam wdrapałaś.

– I po co tyle łazić?! Jak będziesz ostro wiosłować, to pot i tak zaleje ci oczy. A zawsze możesz włożyć rękę do wody i poczuć jak rzeka płynie ci między palcami… – Eryk też  nie ustępował.

Dyskusja powoli zaczęła przeradzać się w kłótnię, w której najchętniej brali oczywiście udział Ania i Eryk. Ale tata cierpliwie coś wystukiwał na swoim laptopie i kiedy sytuacja zdawała się już być krytyczna, zabrał głos:

– Kochanie, czy zamieniłabyś nadmorską plażę na łąkę nad dużym jeziorem? – zapytał żonę – Też będziesz miała leżak i szum wody. Słońca nie obiecuję, ale nad morzem też nigdy nic nie wiadomo…

– Może być – zgodziła się mama – W sumie to byłaby miła odmiana.

– A ty Eryku, zamienisz spływ kajakowy na rafting? – dalej negocjował tata.

– Super! Nawet o tym nie pomyślałem! – rozentuzjazmował się chłopiec.

– Dla Ani zostają góry, nie te najwyższe co prawda, ale widoki ze szczytów też będą piękne – kontynuował niekwestionowany przewodnik turystyczny rodziny i dodał na zakończenie – Ja też będę miał gdzie łowić ryby. Jedziemy do Zagłuszy nad jeziorem Modrym. Taka jest moja propozycja – tata odwrócił laptop tak, aby każdy mógł zobaczyć.

Bo wakacje to nie tylko okazja żeby odpocząć w ulubiony sposób, ale również szansa, żeby pobyć ze sobą – spędzić razem czas i pokazać swoje zainteresowania innym. Trzeba tylko otworzyć się na nowe doświadczenia. To, czego nie znamy przecież również może być fajne.

„Dzień Dziecka”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie edukacyjne dla dzieci

Mama, ciocia, pani Kasia, czyli wysoka, szczupła blondynka z włosami związanymi w „szybki” kucyk energicznie podjechała na szkolny parking i zatrzymała pokaźnego rozmiaru vana. Otworzyły się drzwi i z wnętrza wysypał się długi szereg dzieciaków.

– Pa, ciociu!

– Pa, mamo!

– Do zobaczyska!

– Buzi, buzi!

– Przybijesz ciocia piątkę na szczęście? Mam dziś sprawdzian z matematyki.

– Do widzenia pani Kasiu!

Siedząca za kierownicą kobieta z uśmiechem odpowiadała na te wszystkie pożegnania, tylko przy tym ostatnim jakoś znowu ją zmroziło. Ciągle liczyła na to, że Franio w końcu nazwie ją choćby ciocią – już nawet niekoniecznie mamą, a Franek ciągle tylko „pani Kasiu” i „pani Kasiu”…

– No nic! Potrzeba czasu! – powiedziała do siebie w myślach, włączyła kierunkowskaz, wrzuciła jedynkę i włączyła się do ruchu. Tyle dziś pracy, a dzieciaki mają w szkole lekcje skrócone i wkrótce będzie musiała po nie wrócić.

*

*                      *

Na działce pani Stefanii – sąsiadki która zaoferowała oddanie swojej nieruchomości do dyspozycji rodziny Rylskich na najbliższy weekend -Zbyszek już wiele zrobił. Nazbierane w lesie odłamane gałęzie drzew i wiązki chrustu leżały w zgrabnym kopcu obok okręgu z kamieni. Nieopodal pod wprawnymi Zbyszkowymi rękami wyrastał pierwszy namiot. Jego budowniczy, gdy tylko dostrzegł żonę, wyprostował plecy i podzielił się swoją troską:

– Ten namiot, który pożyczyliśmy od Karola nie nadaje się zupełnie. Ma podartą plandekę i jak będzie padało, to chłopakom woda będzie leciała na głowę.

– Ojej! Tyle przygotowań, a zawsze coś się musi nieoczekiwanego przydarzyć – zmartwiła się pani Kasia.

– Nie jest tak źle. Na cztery namioty tylko jeden do niczego – pocieszył żonę pan Zbyszek i zaraz znalazł rozwiązanie – Może podjedź do wuja Leona? Kiedyś lubił wyjeżdżać na motocyklowe wyprawy, miał wtedy namiot. Może jeszcze się nadaje.

– Jadę! – powiedziała bez wahania pani Kasia i zanim ten zdążył jeszcze coś dodać, siedziała już za kierownicą. Z wprawą wycofała samochód za bramę i skręciła w stronę Zalasku. Czekało ją dobre kilkanaście kilometrów, ale czego się nie robi dla dzieci i to jeszcze w Dzień Dziecka. Wcisnęła guzik włączający radio i z głośników dobiegła muzyka, a chwilę potem męski głos. Pani Kasia pogrążyła się w myślach, bo też miała o czym, a raczej o kim myśleć: Janek, Sandra, Michał, Marcin, Karina i Franek. Tak. O Franku ostatnio myślała najwięcej…

I dopiero, kiedy stanęła przed rondem, i gdy została zmuszona do skupienia się na prowadzeniu samochodu, znowu wróciła do rzeczywistości. Głos z radia monotonne wystrzeliwał kolejne wyrazy i dopiero po chwili pani Kasia zorientowała się, że mówi o świętowanym dziś Dniu Dziecka : „Jego początki sięgają 1924 roku. Wówczas na wniosek Międzynarodowego Związku Pomocy Dzieciom reprezentowana przez przedstawicieli ponad 50 krajów Liga Narodów podjęła w Genewie uchwałę zwaną „Deklaracją Praw Dziecka”, uznającą dzieci za pełnoprawnych obywateli społeczeństwa, którym należy się wszystko, co najlepsze, a w szczególności prawo do życia, ochrony i pomocy. Dzień Dziecka to święto obchodzone niemal na całym świecie. Jednak nie we wszystkich krajach w tym samym dniu i w ten sam sposób.”

Ostatnie zdanie bardzo zainteresowało panią Kasię, bo pomyślała, że fajnie by było opowiedzieć dzieciakom przy ognisku jak ich święto wygląda w różnych krajach, ale niestety dojechała właśnie pod bramę wuja Leona, a potrzeba zdobycia pełnowartościowego namiotu była znacznie ważniejsza niż radiowa audycja. Pani Kasia przekręciła więc kluczyk w stacyjce, radiowy spiker przerwał w pół słowa, a na ganku przed domem pojawił się już wuj Leon, który wypatrzył gościa przez kuchenne okno.

*

*                      *

Trzy godziny później pani Kasia znowu stała pod szkołą. Otworzyła drzwi i do samochodu kolejno wsuwały się jej dzieci. Powitania, cmoki w policzek, przybijanie piątki, gratulacje i słowa pocieszenia – codzienna litania, która nigdy jej się nie znudzi. Uwielbia te pierwsze chwile po szkole, kiedy dzieci tak dużo mają do powiedzenia i przekrzykują się jedno przez drugie, żeby podzielić się ze swoją „przyszywaną” mamą wszystkimi swoimi emocjami. Tylko Franek znowu milczy…

Kiedy już wszyscy siedzą w samochodzie – niektórzy w fotelikach i na podkładkach, inni już bez, pani Kasia pyta niby od niechcenia:

– Gotowi na przygodę! – i nie czekając na odpowiedź dodaje – No to ruszamy!

A po samochodzie przeszedł cichy szmer i stłumione piski dziewczyn. Wszyscy już domyślili się, że czeka ich dziś coś szczególnego.

– To jakiś prezent na Dzień Dziecka! Tak! – nie wytrzymał Marcin. – O rany! Ciocia powiedz co to! Normalnie nie wytrzymam! – rozemocjonował się chłopiec, a jego entuzjazm udzielił się innym i wkrótce znowu w samochodzie zrobiło się głośno i to tak, że pani Kasia przestraszyła się, że jej głowa pęknie i doszła do wniosku, że musi coś zrobić i zająć czymś swoją gromadkę.

– A wiecie, że w każdym kraju Dzień Dziecka obchodzi się inaczej i nawet w inne dni – zainicjowała rozmowę.

–  A jak? A kiedy? A dlaczego? –posypały się pytania i pani Kasia pomyślała, że wywołała wilka z lasu, bo nie umie na nie odpowiedzieć. Pozostało tylko się przyznać:

– No właśnie nie wiem, bo nie udało mi się wysłuchać do końca radiowej audycji. Ale możecie znaleźć w Internecie – dodała pospiesznie. – Franiu, może ty sprawdzisz? – poprosiła najspokojniejszą ze swoich pociech.

– Nie ma sprawy! –zgodził się chłopiec i po chwili czytał już pozostałym:

„W Polsce Dzień Dziecka obchodzony jest 1 czerwca od 1952 roku w następstwie działań Światowej Federacji Kobiet Demokratycznych, która tego właśnie dnia organizowała od 1949 roku manifestacje poświęcone problemom ochrony dzieci przed wojną, krzywdą i głodem. We Francji i Włoszech Dzień Dziecka obchodzi się w ramach Dnia Rodziny, który przypada na 6 stycznia i łączy się z, obchodzonym w tradycji chrześcijańskiej, Świętem Trzech Króli. Wówczas dzieci otrzymują prezenty i w złotych koronach na głowach zasiadają wraz z rodzicami przy stołach suto zastawionych słodyczami. W Turcji uroczystość ta zbiega się ze Świętem Niepodległości i obchodzona jest 23 kwietnia. W Brazylii Dzień Dziecka obchodzony jest 12 października, a w Australii w pierwszą sobotę lipca każdego roku. Dwukrotnie w ciągu roku świętują Japończycy. Po raz pierwszy 3 marca, podczas Festiwalu Lalek, zwanego także Festiwalem Dziewczynek, po raz drugi – 5 maja. Świętują wtedy chłopcy, którzy budują wraz z rodzicami papierowe latawce w kształcie ryby i wieszają je na długich masztach przed domem. Jest ich tyle, ile dzieci liczy rodzina. Symbolizują one siłę, odwagę i determinację w dążeniu do celu…”

Wszyscy w milczeniu słuchali i nawet nie zauważyli jak ich determinacja w dążeniu do celu została nagrodzona, bo pani Kasia zaparkowała właśnie na zalesionej działce, wysiadła z samochodu i wraz z mężem, który oczekiwał ich przyjazdu radośnie zakrzyknęli:

– Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka!

A potem ucałowali i uściskali każde ze swoich dzieci i zaprowadzili na miejsce obozowiska. A te, oniemiałe z zachwytu na widok płonącego ogniska, nadzianych na patyki kiełbasek i rozstawionych w półokręgu czterech kolorowych namiotów nie mogły wykrztusić z siebie żadnego słowa. Na wysokości zadania stanął jak zwykle Marcin, który głośno wykrzyknął:

– Jesteście wspaniali! – i rzucił się w objęcia zastępczych rodziców, a za nim wszyscy jego zastępczy bracia i siostry. Franek też.

Zabawa trwała do ciemnej nocy, zwłaszcza, że po kiełbaskach były jeszcze zgadywanki, podchody, pieczenie pianek i śpiewy przy gitarze, na której z niewielką wprawą pobrzękiwał pan Zbyszek. A potem wszyscy siedzieli opatuleni w koce i patrzyli na gwiazdy, które iskrzyły na bezchmurnym niebie znacznie bardziej niż w mieście. Kiedy jedna z nich przemknęła po nieboskłonie, pani Kasia zawołała:

– Szybko! Pomyślcie życzenie!

– Ciociu! Ja już nie muszę! Moje się spełniło… – powiedział Franek.

I Pani Kasia pomyślała, że jej również spełniło się przed chwilą.

„Wielkanocne zwyczaje”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie dla dzieci

Smuga jasnego światła przesączała się przez wąską szparę między zaciągniętą roletą a okienną ramą. Wpełzła po kołdrze, by ostatecznie muskać czoło Maurycego. Chłopiec bezwiednie zmrużył oczy. Jeszcze spał, ale nadchodzący dzień domagał się już swoich praw. Leniwie uniósł powieki, ale szybko zamknął je porażony blaskiem słonecznych promieni – tak intensywnych, jakie tylko wiosną wdzierają się do naszych domów, aby nieskrępowane jeszcze liśćmi na drzewach oznajmić nam, że świat budzi się do życia – nie tylko po nocy, ale i z zimowego otępienia. Maurycy powoli usiadł na łóżku. Dziś nie musiał się spieszyć do szkoły. Pociągająca perspektywa błogiego lenistwa sprawiała mu niezwykłą przyjemność. Nie długo. Gwałtowne szarpnięcie za klamkę wyraźnie zwiastowało, że Renatka już wstała.

– Wstawaj! Idziemy na zakupy! Mama tak powiedziała! – jednym tchem wypaliła.

– Nie idę – jednoznacznie odparł Maurycy.

– Idziesz! – z nieukrywaną radością zripostowała siostra. – Zawsze na jarmark świąteczny chodzimy razem.

– Jaki jarmark? – chłopiec wciąż się nie mógł obudzić.

– W-i-e-l-k-a-n-o-c-n-y – dobitnie przeliterowała dziewczynka, chwaląc się przy okazji nabytą niedawno umiejętnością.

Maurycy bez słowa wykluł się z pościeli i noga za nogą powlókł do łazienki. Wiedział, że nie ma sensu dyskutować. Mała miała rację – na świąteczne jarmarki zawsze chodzili razem. Z resztą nawet je lubił. Mama zwykle wpadała w amok zakupów i chętnie zgadzała się na „nabycie różnych dóbr materialnych po okazyjnych cenach”. Dopiero po powrocie do domu, kiedy sprawdzała zawartość swojego portfela zaczynała mieć wątpliwości, czy rzeczywiście „dobra” te były im potrzebne. Ale mama była podatna – jak sama mówiła – na świąteczną atmosferę i szybko przechodziła nad chwilą troski do porządku dziennego, albo raczej świątecznego.

Jarmark był w tym roku okazały, pewnie dlatego, że pogoda była naprawdę piękna, bo święta wypadały późno. Maurycy nawet nie wiedział, że aż tak późno mogą wypaść, bo ostatni raz zdarzyło się tak, gdy był jeszcze małym chłopcem. Wielkanoc obchodzona jest w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, dlatego jej data jest ruchoma. Zawsze wypada między 22 marca a 25 kwietnia. Stąd i pogoda może być różna – od śniegu po lato. Tegoroczne święta zapowiadały się naprawdę ciepłe. Po placu w dużym nieładzie przechadzali się liczni klienci. Z zainteresowaniem przeglądali produkty oferowane na stoiskach. Duży hałas i wrzawa, duży ruch ale atmosfera już świąteczna. Widok jaskrawożółtych narcyzów zatopionych w gąszczu intensywnie zielonego bukszpanu przywodziło na myśl wiosenną radość i ciepło, które rozlewały się na ustach miłym uśmiechem. Wiosna to czas, kiedy natura odradza się po okresie mroku i uśpienia do nowego życia. Tak, jak chrześcijanin odradza się w Wielkanoc poprzez śmierć i  zmartwychwstanie Chrystusa, a przede wszystkim przez miłość Boga Ojca i jego Syna. Maurycy znał istotę religijną świąt. Był ministrantem. Co roku uczestniczył w obchodach Triduum Paschalnego, które rozpoczyna się w Wielki Czwartek mszą Wieczerzy Pańskiej. Potem brał udział w Liturgii Męki Pańskiej i adoracji Krzyża w Wielki Piątek, czuwał przy Grobie Pańskim w Wielką Sobotę, by ostatecznie dźwięcznym głosem dzwonków obwieścić Jego Zmartwychwstanie. Jego mama nie brała udziału w tych obchodach tak aktywnie. Święta spędzała raczej w spokoju i zadumie, unikając przepełnionych w tych dniach kościołów i czytając Pismo Św., by podczas niedzielnego śniadania rozkwitnąć nową siłą i radością. I o to śniadanie właśnie dziś na jarmarku troszczyła się najbardziej. Maurycy unikając tłumów kłębiących się przy kramach obserwował z daleka jak przegląda wszystkie rodzaje białych kiełbas, lustruje wzrokiem razowe chleby na zakwas na żurek, poszukuje najlepszego białego sera na sernik i najświeższych drożdży na wielkanocne baby. Na stole nie mogło przecież zabraknąć tradycyjnych potraw. Właśnie podczas tych oględzin niespodziewanie padła w ramiona jakiejś pani i obie serdecznie się ucałowały. Potem zaczęły ożywioną rozmowę, raz po raz potrącane i szturchane przez klientów próbujących dostać się do lady. Zorientowawszy się wkrótce, że utrudniają klientom zakupy, odsunęły się od kramu z wędlinami i ruszyły w stronę Maurycego.

– To mój syn – dokonała prezentacji mama. – Mam też córkę, ale gdzieś się zapodziała w tym tłumie.

Maurycy uściskał wyciągniętą dłoń i szarmancko się skłonił.

– Bożenka jest moją koleżanką ze szkoły. Nie widziałyśmy się wieki – wyjaśniła mama.

– Też mam córkę w Twoim wieku. Ma na imię… – nie zdążyła dokończyć pani Bożenka, bo nagle, jak z podziemi, wyrosła przed nią nastolatka i nie zwlekając przedstawiła się:

– Ewka – po czym przywitała się z mamą Maurycego, samym Maurycym i Renatką, która nadbiegła nieoczekiwanie widząc, że zaczyna się coś dziać nietypowego.

Ewka była szczupłą, wysoką blondynką. Filuterna grzywka opadała jej z dwoma kędziorkami po bokach na czoło, które dziewczyna odruchowo co jakiś czas zgarniała na bok. Duże, błyszczące, seledynowe oczy i wydatne usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu nadawały jej twarzy wyraz ciągłej radości i afirmacji życia. Ubrana była w zwiewną bawełnianą sukienkę, czarną w białe grochy i sportowe buty. Już na pierwszy rzut oka widać była, że tryska nieskrępowaną energią.

– Kupiłam sobie nowy pistolet na wodę – pochwaliła się mamie – Paweł i Grzesiek nie mają szans. Irenka też na pewno się przygotowała – zaśmiała się przy tym szelmowsko.

– Ewcię rozpiera energia – pospieszyła z wyjaśnieniami koleżanka mamy. – Co roku wyjeżdżamy na święta do mojej siostry. Dzieciaki urządzają sobie tam prawdziwy Lany Poniedziałek. Na szczęście nas oszczędzają – dodała.

Maurycy zdziwił się nieco. Miał raczej osobowość „kontemplacyjną” – jak mawiała mama. Lany Poniedziałek kojarzył mu się raczej z łobuzami, którzy z wiadrami pełnymi wody szukają swoich ofiar na przystankach autobusowych. Sam nigdy nie brał w tym udziału. Wydawało mu się to głupie i niestosowne. I miał rację. A Ewka… Jego rozmyślanie przerwał szczebiot dziewczyny, która zauważyła nieukrywane zdziwienie na twarzy chłopca i spieszyła wyjaśnić, że jej też nie interesują głupie wybryki ulicznych terrorystów, ale małe wariactwo z kuzynostwem:

– To fajna zabawa. Każdy może się dołączyć i każdy może zrezygnować. To jego wybór. Ja to uwielbiam! Zwłaszcza jak jest tak ciepło. Nawet dziadek się z nami bawi. I jest naprawdę doświadczonym i groźnym przeciwnikiem. Dziadek to nawet mówi, że trzeba się w Poniedziałek Wielkanocny polewać, bo taka jest tradycja.  To śmigus-dyngus. Kiedyś chłopi wychodzili tego dnia na pole i skrapiali je wodą święconą, żeby zapewnić swoim plonom deszcz latem. Potem chłopcy zaczęli polewać dziewczęta. Podobno najchętniej polewali te najładniejsze. Teraz my z Irenką polewamy chłopaków, chociaż wcale nie są ładni – znowu zachichotała Ewka.

– W takim razie to dziwne. To ty powinnaś być najbardziej mokra – niespodziewanie wypalił Maurycy i zaraz się zawstydził, bo zorientował się, że powiedział za dużo. Ta dziewczyna od razu zorientuje się, że mu się podoba. Ale taka była prawda, niestety. Maurycy sam nie wiedział dlaczego. Było w niej jednak coś urzekającego. Może ten śmiech, może ten niesforny kosmyk a może ta radość i energia, które tak wpisywały się w wiosenną aurę.

– Chodźcie, obejrzymy koszyczki na pisanki. Są naprawdę piękne – nie skomentowała Maurycowego tekstu Ewka i pociągnęła Renatkę za rękę w kierunku najbliższego stoiska, gdzie wśród różnych rozmiarów wiklinowych koszów krzątała się starsza pani. Chłopak poszedł za nimi.

– Są takie śliczne. Zwłaszcza ten jasnozłoty z półokręgami na otoku – dziewczyna wzięła jedną z plecionek do ręki.

– Do tego pasuje ta koronkowa serwetka. Ręcznie robiona. Na szydełku – doradzała ekspedientka – Albo ta beżowa z haftem angielskim.

– Moja prababcia też takie robiła – wtrącił się Maurycy – Zawsze jej używamy do święconki. To taka nasza wielkanocna tradycja. A sól i pieprz wsypujemy do kryształowego naczynka, które zostało po drugiej prababci. Co prawda ma ułamany uchwyt, ale mama mówi że trudno, że w ten sposób jest tak, jakby były z nami w święta – i znowu chłopak się zawstydził. Pomyślał, że „ta” dziewczyna uzna go za sentymentalnego mięczaka. Ale Ewka spojrzała na niego z uwagą i dodała:

– Moje prababcie jeszcze żyją. Babcia Janka robi przepiękne pisanki. Barwi je w wywarze z łupin cebuli na taki ciemno rdzawy kolor, a potem żyletką wyskrobuje różne wzory.

– A my z mamą kąpiemy jajka w barwnikach. I mają różne kolory – nawet różowy i fioletowy – dorzuciła Renatka.

– Te, które robi twoja prababcia to drapanki, a te, które ty robisz – starsza pani od koszyków wskazała palcem Renatkę – to kraszanki – wtrąciła. Jajka są symbolem nowego życia a te ozdobione miały zapewnić pomyślność i urodzaj – jeszcze zanim w Polsce zadomowiło się chrześcijaństwo. Teraz, kiedy święcimy je w Wielką Sobotę dodatkowo niosą radość i nadzieję związaną ze Zmartwychwstaniem.

– Ja nie święcę pisanek, nie wierzę w Boga – niespodziewanie odezwała się Ewka – Ale i tak je robię. Są takie piękne!

– I nie dzielisz się święconym jajkiem przed śniadaniem wielkanocnym? – nie mógł zrozumieć Maurycy.

– Nie, ale na śniadanie też jemy jajka. Najczęściej faszerowane pieczarkami. Pycha! – rozmarzyła się dziewczyna.

– I nie masz baranka cukrowego? – dopytywała Renatka

– Nie – już mniej pewnie dodała Ewka, trochę zbita z tropu, że jej towarzyszy tak zadziwiło jej wyznanie.

– Żałuj – nie przejęła się tym mała – Jest taki słodki.

– Ale symbolizuje Chrystusa Zmartwychwstałego – wyjaśnił Maurycy.

– I ty zjadasz taki symbol? – tym razem to Ewka się zadziwiła. – Mnie tata urządza poszukiwanie czekoladowych jajek. Pochodzi z Francji. Tam to bardzo popularna zabawa.

– Jak to? – oburzyła się Renata, bo zestawienie cukru z czekoladą, zdecydowanie wypadało na korzyść tego drugiego i dziewczynka zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej być jednak niewierzącą.

– To proste. Chowa czekoladowe jajka w różnych miejscach w mieszkaniu, a ja muszę je odszukać. Czasami podpowiada albo daje rymowane zagadki do rozwiązania. Też możecie tego spróbować – zachęcała Ewka, a Renata od razu pobiegła do mamy, żeby sprzedać jej podsunięty przez koleżankę pomysł. Miała przecież niepohamowaną ochotę na czekoladowe trofea.

Maurycy i Ewka zostali sami. Na chwilę zapadła krępująca cisza. Maurycy nie bardzo wiedział co zrobić. Chciał jeszcze pogadać z tą dziewczyną, pobyć z nią nawet po prostu, ale nie miał pomysłu jak pociągnąć dalej tę znajomość.

– Jak chcesz, to możesz zrobić Renacie niespodziankę i sam ukryć jajka. Daj mi swój numer telefonu to podeślę ci zagadki, które mi zrobił tata w tamtym roku.

– Super pomysł! – naprawdę ucieszył się chłopak i niekoniecznie dlatego, że sprawi siostrze radość. Chociaż to też. Najważniejsze jednak, że będzie miał z Ewką kontakt. Bo Ewka wygląda na naprawdę świetną dziewczynę. Zaraz po świętach, gdy już złapie trochę czasu po nabożeństwach Wielkiego Tygodnia, zaprosi ją na lody. Kto wie, może nawet pójdą razem na spacer do parku? Eee! Nie. Nic z tego nie będzie. Przecież tak się różnią. Pewnie będzie wolała iść na rower. „Dobra. Niech już będzie ten rower” – pomyślał Maurycy – „Na spacer pójdziemy innym razem”.

„Tłusty Czwartek”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie dla dzieci

Bartek lubił słodycze, lubił ciasta, a nade wszystko lubił pączki. Niestety z powodu lekkiej nadwagi, która znacząco wzrosła po bożonarodzeniowym obżarstwie, mama ograniczyła mu te wszystkie smakołyki. I to był największy problem Bartka.

Oczywiści mógł przecież zawsze coś „ukręcić” od kolegów w szkole, przy użyciu kieszonkowego w szkolnym sklepiku czy wybłagać u kochającej go nad życie babci. Ale nie chciał tego robić. Nie, bo kochał mamę, bo nie chciał sprawiać jej przykrości, bo nie chciał oszukiwać, no i… chciał dbać o formę. Taki właśnie był Bartek – naprawdę fajny chłopiec.

Gdzieś pod koniec stycznia, gdy głód słodyczy naprawdę zaczął mu dokuczać, a tęsknota za nimi stała się nie do zniesienia, w głowie Bartka pojawiła się zbawcza myśl. Tłusty Czwartek – jedyna i niepowtarzalna okazja, żeby najeść się pączków za wszystkie czasy. Zaraz po tym, gdy zajaśniała, Bartek pobiegło do kuchennego kalendarza i zaczął gorączkowo sprawdzać, kiedy ten wymarzony dzień nadejdzie, ale niestety nie znalazł takiej informacji. Skorzystał z aplikacji „Kalendarz” na swoim smartfonie, ale i tu również niczego nie znalazł. Pozostało więc jedyne i niezastąpione źródło informacji – babcia. Kiedy następnego dnia babcia, jak zwykle, odbierała go ze szkoły, by zaprowadzić do siebie i poczęstować pysznym domowym obiadem, Bartek od razu przeszedł do rzeczy:

– Babciu, a kiedy jest Tłusty Czwartek? – zapytał.

– Oho! Widzę, że pączki Ci się marzą – zgadła babcia. – Niestety musisz jeszcze trochę poczekać. Za trzy tygodnie dopiero.

– Tak długo?! – jęknął chłopiec. – Wydawało mi się, że jakoś już teraz, na początku lutego.

– Na początku lutego był w tamtym roku. W tym jest pod koniec – wyjaśniła babcia.

– To niesprawiedliwe – skwitował Bartek. – Nie można sobie tak po prostu zmieniać daty świąt.

– Tak jest od zawsze – zapewniła babcia i rozpoczęła udzielanie dalszych wyjaśnień. – Termin Tłustego Czwartku uzależniony jest od Wielkanocy, dlatego jego data co roku się zmienia. To święto ruchome, jednym słowem – to ostatni czwartek przed Wielkim Postem. W pewnym sensie jego tradycja też się z nim wiąże. Zjadanie niezliczonej ilości pączków to rodzaj pożegnania z tłustymi smakołykami przed okresem kulinarnych wyrzeczeń.

„Skąd ta babcia to wie?”– zaczął zastanawiać się w myślach Bartek. „Nieważne! Ważne, że na pewno pączki kupi…” – przyjemnie zakończył swoje rozmyślania chłopiec. Nie zakończyła ich natomiast babcia, która zaczęła snuć je na głos:

– Pewnie miało to również i swoje gospodarskie uzasadnienie. Przed okresem postnym warto było się pozbyć ze spiżarni zapasów tłuszczu, jaj, cukru i owoców…

– To może ty też byś się swoich pozbyła? – postanowił skorzystać z okazji Bartek, a babcia, jakby czytając mu w myślach, zaraz dodała:

– A wiesz, że pierwsze polskie pączki wcale nie były słodkie? Wypiekano je z ciasta chlebowego i nadziewano słoniną. Dopiero w XVI wieku, czyli dopiero 500 lat temu zaczęto je wyrabiać na słodko.

– Wolę tę wersję – od razu zastrzegł wnuczek, na wypadek, gdyby babcia miała zamiar nawiązać do początków tradycji.

I tak oto wiedza Bartka o Tłustym Czwartku zaczęła się powiększać. Trochę powiedziała mu babcia, trochę pani w szkole, trochę wysłuchał w telewizji, ale zawsze kolekcjonował tę wiedzę i liczył dni do momentu, w którym będzie mógł się wreszcie oddać słodkiej uczcie. Dowiedział się też, że zwyczaj ten pochodzić może jeszcze z czasów starożytnych, kiedy w ostatni tydzień karnawału organizowano obfite uczty, a jedzeniem tłustych potraw świętowano odejście zimy i że swoistą odmianą obchodów Tłustego Czwartku jest podkrakowski Comber. I jest to historia niezwykle ciekawa, bo wiąże się z osobą burmistrza Combra, który był bardzo nieprzyjazny krakowskim przekupkom. Burmistrz zmarł nagle w ostatni czwartek przed Wielkim Postem. Na wieść o jego śmierci rozradowane kobiety urządziły na rynku huczną zabawę, która z czasem stała się dorocznym zwyczajem krakowskim. I do tej pory w Krakowie podaje się na stoły w tym dniu nie tylko pączki, ale również wątrobianki, ozory wędzone, kasze ze skwarkami i kapustę ze słoniną. Chociaż Bartek akurat bardzo się w tym miejscu cieszył, że mieszka w Warszawie.

Tłusty Czwartek nareszcie nadszedł i gdy tylko Bartek, zaraz po przebudzeniu, uświadomił to sobie, z werwą wyskoczył z łóżka, odprawił poranną toaletę i poszedł do kuchni, gdzie sprytnie ominął zjedzenie pierwszego śniadania, żeby w brzuchu zostało więcej miejsca na upragnione pączki. Niestety, wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jak okrutnego figla spłata mu los…

Zaczęło się już na pierwszej przerwie. Gdy tylko pani oznajmiła, że jej podopieczni mogą opuścić klasę, Bartek pędem pobiegł na pierwsze piętro i ustawił się w lawinowo rosnącej kolejce do sklepiku. Gdy tłumy przed ladą rosły, chłopiec cieszył się ze swojej przezorności i wsłuchiwał w dźwięk pobrzękujących monet w kieszeni. Nie musiał, tak jak jego koledzy i koleżanki wyjmować po dzwonku pieniędzy z plecaka, zrobił to wcześniej. Miał plan i ten plan miał za chwilę się zrealizować, bo oto nadchodziła już jego kolej. Bartek podał odliczoną kwotę, a sprzedawca w zamian podsunął mu zapakowany w serwetkę pączek. Bartek Zwycięzca wyplątał się z tłumu oczekujących i ruszył w stronę klasy, mając zamiar delektować się smakołykiem w skupieniu. Spotkał jednak Zuzię. A Zuzia, cóż, najwspanialsza dziewczyna w klasie – najładniejsza i najfajniejsza, taka, która i pogada, i pożartuje, i pocieszy… I Zuzia mruga tymi swoimi niebieskimi oczyma z długimi rzęsami, uśmiecha się, pokazując ząbki jak perełki i robi smutną minkę:

– Ale masz fajnie Bartek! Udało ci się! Ja już nie zdążę kupić przed lekcją – dziewczynka jest szczerze zawiedziona, a Bartek, cóż, dżentelmen, rycerz, spiderman, sam nawet o tym nie wiedząc, wyciąga rękę z pączkiem ku Zuzi i niedbale mówi, przeciągając samogłoski:

– Proszę! To dla Ciebie.

I „Żegnaj pączku!”, ale to już tylko w myślach.

Druga przerwa znowu zaczęła się podobnie. Biegnie Bartek do sklepiku, pobrzękuje monetami, ustawia się w kolejce, kupuje pączka, wyślizguje się z tłumu i rusza schodami do klasy na piętro. I znowu pech! Z góry zbiega Grzesiek, Janek i Staś, też pewnie po pączki i tak się spieszą, że nie widzą Bartka, wpadają na niego tak, że aż chłopiec traci równowagę. Łapie się więc w ostatniej chwili za poręcz i ratuje przed nieuchronnym upadkiem, ale wypuszcza pączka z ręki, który turla się po schodach i spada stopień po stopniu, aż wreszcie kończy swoją drogę ku przeznaczeniu pod butem pana Pawła od muzyki i zostaje mokrą plamą. I znowu „Żegnaj pączku!” kołacze się Bartkowi po głowie.

Kolejna przerwa zaczyna się tak samo, ale „skończy się inaczej!” – postanawia Bartek. Tym razem bowiem, nauczony doświadczeniem, zamierza zjeść smakołyk na miejscu, w kąciku między sklepikiem i biblioteką, żeby nie narażać się na nieprzewidziane kłopoty. Znowu Bartek ustawia się w kolejce, szykuje odliczoną kwotę i czeka na swoją kolej. Kiedy jednak znajduje się już przy ladzie z przerażeniem widzi, że zostały tylko dwa pączki. Przed nim na szczęście stoi tylko Albert z czwartej klasy, ale on niestety nie ma umiarkowania w jedzeniu i kupuje od razu dwa.

– Przykro mi! – mówi sprzedawca – Pączki się skończyły. Może chcesz lizaka? – pyta.

Ale Bartek nie chce lizaka. Tłusty Czwartek usprawiedliwia tylko jedzenie pączków, a nie innych słodyczy.

– Nie, dziękuje! – odpowiada zrezygnowany i znowu żegna się z pączkiem. Tym razem na dłużej.

Została już tylko ostatnia nadzieja. Babcia. Jeśli nie ona, to nic – kalkuluje chłopiec. W domu nie ma już na co liczyć – co, jak co, ale mama to już go pączkiem nie nakarmi na pewno.

Ale u Babci też niepowodzenie! Babcia kupiła wprawdzie pączka dla wnuczka, ale przestrzeżona zapewne przez mamę – jednego. I ten jeden pączek cierpliwie czekał na talerzyku w różyczki na Bartka, aż ten zje obiad. Kiedy jednak przyszła na niego kolej i Bartek chwycił go w rękę, by łakomie zanurzyć w nim zęby, do kuchni wpadł, zwabiony jego zapachem, Dziamgot – babciny pies – gończy polski, łakomczuch nad łakomczuchy, który sprawnie uniósł się na tylne łapy i jednym kłapnięciem chciwej paszczy połknął pączka w całości, cudem naprawdę zostawiając palce Bartka nienaruszone. A Bartka to już nawet nie zdziwiło, bo jak pech, to pech i powiedział tylko Dziamgotowi „Smacznego”, co właściwie było zbyteczne, bo pies już nawet skończył się oblizywać.

I tak oto dobiegał końca Tłusty Czwartek i ku końcowi zmierza ta opowieść, która z powodzeniem mogłaby nosić tytuł „Żegnaj pączku!”, gdyby nie to, że życie Bartka cudem się odmieniło, gdy wrócił do domu. Bo oto mama stawia po kolacji na stole pudełko z cukierni z pączkami, z których każdy rumiany, każdy polukrowany i każdy z nadzieniem różanym w środku, a mama wesoło się tłumaczy:

– No co? Dziś Tłusty Czwartek! Nie chcecie pączków?!

Zaduszki – skąd się wzięły i o co w nich chodzi? Opowiadanie dla dzieci. Małgorzata Połeć-Rozbicka

Zaduszki
Zaduszki, Małgorzata Połeć-Rozbicka

– Dzień dobry, pani Bożenko! Przepraszam bardzo, że zawracam pani głowę w święto, ale niestety zmusiły mnie do tego pilne okoliczności. Dzwonili właśnie ze szpitala, muszę wziąć jutro dyżur na oddziale, bo kolega wybił palec i nie może operować. Zupełnie nie wiem, co zrobić z Patrykiem. W szkole – dzień wolny… i przecież nie zostawię go na noc samego. Wiem, że zależało pani jutro na wolnym dniu, ale może dałoby się coś zrobić? – Patryk obserwował kątem oka, jak tata wił się przy telefonie jak piskorz, próbując przekonać opiekunkę, żeby zrezygnowała ze swoich planów.  Skoro jednak tata nerwowo tarł dłonią czoło, to pani Bożenka nie była gotowa do ustępstw.

– Tak wiem, że jutro Zaduszki, ale Iwona wraca z Wilna dopiero w środę, pojechała z matką na grób dziadka… a Patryk sam? Nie wezmę go przecież na blok operacyjny… – tata motał się w sieci okoliczności, które niespodziewanie na niego spadły i gdy już miał się zupełnie poddać, wykrzyknął z nadzieją:

– A może pani zabierze Patryka ze sobą? – i w tym miejscu nastąpił przełom, tata zaczął się uśmiechać – Oj, to tylko 70 km,  a Patryk już wiele razy był na cmentarzu, na pewno pani sobie poradzi. To taki ułożony chłopiec, jestem przekonany, że nie sprawi problemów… – tata szedł za ciosem, a Patryk coraz szerzej otwierał oczy ze zdumienia: „Jak to! Nikt go nawet nie spytał o zdanie! Znowu cmentarz! Dziś cały dzień w tłoku, na grobie prababci, pradziadka, ciotki, jakiegoś kuzyna, bo Wszystkich Świętych… Cały dzień! I jutro znowu!”. Ale tata nawet nie spojrzał na jego wymowną minę.

– Dziękuję bardzo, pani Bożenko! Naprawdę jestem dozgonnie wdzięczny! A fotelik zamontuję w pani samochodzie jutro rano… – w ten oto sposób los Patryka został przesądzony, i to na dodatek w dzień wolny od szkoły. A przecież chłopiec miał zupełnie inne plany…

Ranek nadszedł szybciej niż myślał. Tym bardziej, że tata nie zostawił mu zbyt wiele czasu na oswojenie się z dziennym światłem.

– Wstawaj, Patryczku! Szybciutko! Pani Bożenka już zaraz będzie, a jeszcze musisz zjeść śniadanie. Czeka cię intensywny dzień! –chłopiec słyszał głos ojca z przedpokoju, który szykował się do wyjścia na parking. – Kakao i kanapki stoją na stole. Myj się i zaczynaj jeść. Ja zaraz wrócę!

Patryk tęsknie spojrzał na ziejący czernią ekran komputera i bez większych nadziei, że to się dzisiaj zmieni zwlókł się z łóżka. Szybka toaleta, niewyszukany sportowy strój i śniadanie w biegu – gdy tata wróci, będzie już gotowy. A potem już tylko odgłos kroków na korytarzu, chrobot klucza w zamku, pogodna twarz pani Bożenki i szybki buziak od taty na „do widzenia”:

– Bawcie się dobrze! – raźno rzucił za siebie tata, znikając za drzwiami i za chwilę – pojawiając się w nich znowu:

– Oj, przepraszam! Trochę to źle zabrzmiało… Szerokiej drogi!

I tak zaczął się wolny dzień Patryka, który miał wyglądać zupełnie inaczej. Miała być cola, chipsy, popcorn i inne „puste kalorie” (jak mawiała mama),czyli dzień we dwoje, a raczej – we dwóch – on i komputer, i Minecraft.

Tymczasem brutalna rzeczywistość wyglądała inaczej. Pani Bożenka obrzuciła Patryka wzrokiem i zawyrokowała:

– Musisz ubrać się bardziej odświętnie, Patryczku. Jedziemy przecież z wizytą…

– Myślałem, że jedziemy na cmentarz? – zdziwił się Patryk.

– Tak. Na cmentarz – potwierdziła pani Bożenka – Odwiedzimy wszystkich moich krewnych. Ty się przebierz, a ja zrobię herbatę do termosu na drogę. Na cmentarzu strasznie szybko się marznie.

Tak oto ziściła się nieoczekiwana wycieczka za miasto. Patryk siedział w swoim foteliku, ze wzrokiem zawieszonym na przygnębiającym krajobrazie wilgotnej jesieni, która wyraźnie zaznaczała swoją obecność żółto-brązowymi liśćmi, przyklejonymi do mokrego asfaltu i obłokami mgły, wślizgującej się na drogę znad pobliskiej rzeki. „Brr!” – pomyślał Patryk i wstrząsnął się z zimna, chociaż ciocia Bożenka nie szczędziła ogrzewania w samochodzie.

Nim się zorientował, byli na miejscu – pod małym, wiejskim cmentarzykiem, otoczonym niskim betonowym murkiem, wzdłuż którego strzelały w niebo obwieszone jemiołą topole. Zawiał wiatr i wdarł się przejmującym chłodem pod kurtkę. Tuż nad mokrą, usychającą trawą ścieliła się mgła, wpełzając w zakamarki pomiędzy krzaki i mogiły, zacierając granicę, pomiędzy jednym i drugim. „Jakoś tu strasznie!” – ocenił w myślach Patryk i złapał opiekunkę za rękę.

– Trochę tu inaczej niż w Warszawie – powiedział na głos – nie ma handlarzy zniczy i kwiatów, nie ma kiełbasek… – ale sam nie wiedział jeszcze czy to dobrze, czy źle. Przejmująca cisza z jednej strony napełniała go grozą, z drugiej – otulała magią. Szli wydeptanymi między mogiłami ścieżkami, klucząc w lewo i prawo. Pani Bożenka z wprawą przeciskała się między nagrobkami, odnajdując w sobie tylko wiadomy sposób właściwą drogę. Co chwila stawali, zapalali znicze, ustawiali donice z kwiatami i szli dalej. „Tu jest pochowany mój wujek, szwagier matki; tu – ciocia Zosia, tu – babcia Adela; tu – powstańcy styczniowi; tu – niemieccy żołnierze z pierwszej wojny; tu – stryj Henryk z żoną, a tu kuzynka Andzia” – pani Bożenka pochylała się nad każdą mogiłą, zrzucała pozostałe jesienne liście i zmawiała krótką modlitwę. Czas płynął, a Patryk chłonął odmienność tego miejsca od miejskiego pośpiechu i gwaru; rozglądał się wokół nie mogąc nadziwić się różnorodności, zgromadzonej na tak niewielkiej przestrzeni. Współczesne granitowe i lastrykowe nagrobki sąsiadowały ze zdobionymi kutymi krzyżami i rzeźbionymi w kamieniu figurami świętych, które zastygły w ruchu, porosłe mchem, stróżując nad zmarłymi, którzy oddali się im w opiekę.

– Wiem dlaczego dziś przyjechałaś ciociu na cmentarz! – powiedział niespodziewanie – Nie lubisz przepychać się w tłumie!

– To też – przyznała pani Bożenka – Ale też dlatego, że to właśnie drugiego listopada, a nie pierwszego obchodzi się święto wszystkich zmarłych. To Dzień Zaduszny, Zaduszki po prostu. Modlimy się za dusze naszych zmarłych, żeby zostały odkupione, czyli dostały się do Nieba. Dzień Wszystkich Świętych to święto tych zmarłych, którzy już tam są. Modlimy się do nich, a nie za nich.  Ale to dzień wolny od pracy, więc to wtedy wszyscy jeżdżą na cmentarz, ludzie różnych religii i ci, którzy w ogóle w Boga nie wierzą. W kulturze niezwiązanej z religią dzień ten nazywany jest Świętem Zmarłych. Odwiedza się wtedy groby swoich rodziców, dziadków, przyjaciół, krewnych i znajomych, pamięta się o tych, którzy już nie żyją. Stawia się kwiaty i zapala znicze.

– Kwiaty to rozumiem, często się je przynosi, gdy się idzie do kogoś z wizytą, ale po co znicze? – zastanawia się chłopiec.

– Płonąca świeca w tradycji chrześcijańskiej to symbol Boga i Zmartwychwstałego Chrystusa. To obietnica życia wiecznego. Ale tradycja zapalania ich na grobach wywodzi się też jeszcze z czasów pogańskich. Dawno, dawno temu w Polsce obchodzono święto Dziadów – dzień, a właściwie noc, kiedy ludzie próbowali nawiązać kontakt z duszami swoich zmarłych i pomóc im osiągnąć spokój w zaświatach, żeby nie błąkały się po ziemi i nie cierpiały. Wierzono, że dusze zmarłych odwiedzają w tym czasie swoich bliskich, rozpalano więc ogniska na rozstajach dróg, aby mogły łatwo trafić do domu, żeby nie zabłądziły…

– Teraz zamiast ognisk, zapalamy świece? Czyli zapraszamy ich na spotkanie na cmentarzu,  a nie w domu. Spotykamy się jakby w pół drogi… – domyślił się Patryk, a ciocia Bożenka snuła swoją opowieść dalej:

– Kiedyś takie wędrujące dusze należało również ugościć – poczęstować miodem, kaszą, jajkami, no i oczywiście uważać, żeby nie zrobić im przypadkiem krzywdy – nie rozgnieść, ani nie skaleczyć. Nie można więc było prząść i tkać, maglować, wylewać pomyj, no i oczywiście pluć. Tradycja chrześcijańska przejęła to święto tysiąc lat temu i te pogańskie zwyczaje zastąpiła modlitwą za dusze cierpiące. Ludzie jednak jeszcze długo w ukryciu odprawiali Dziady.

– Ale teraz już nie? – dopytywał się na wszelki wypadek chłopiec. Nie miał ochoty na spotkanie z duchami.

– Nie – uspokoiła go opiekunka.  – Ale w moim przekonaniu, to jednak jest dzień, w którym możemy w jakiś sposób „porozmawiać” z naszymi zmarłymi…

To powiedziawszy, pani Bożenka pociągnęła Patryka za rękę i krętą ścieżką pomiędzy mogiłami ruszyła w stronę pokrzywionej sosny, rosnącej na piaszczystym wzgórku w rogu cmentarza. Wkrótce chłopiec dojrzał pod nią usypany kopiec i stary brzozowy krzyż z małą tabliczką „Żołnierz Nieznany rok 1942”.

– To grób partyzanta z II wojny światowej. Mój tata znalazł go w dębinie za wioską i pochował go tutaj nocą, w ukryciu przed Niemcami. Gdy byłam dzieckiem, zawsze pilnował, abym odwiedzała to miejsce pierwszego lub drugiego listopada. Robię to do tej pory – wyjaśniła pani Bożenka i pochyliła się nad grobem, by pieczołowicie oczyścić go z jesiennych liści.

– Mój pradziadek Waldemar był partyzantem. Nigdy nie wrócił z wojny. Nie wiadomo, co się z nim stało – niespodziewanie odezwał się Patryk, a pani Bożenka spojrzała na niego ciekawie i włożyła do ręki znicz.

-Ty zapal. Tylko uważaj, żebyś się nie poparzył! – ostrzegła podając zapalniczkę.

*

*          *

Kiedy wracali, było już ciemno. Zmrok w listopadzie zapada tak szybko. Wilgoć osiadała na samochodzie i choć deszcz nie padał, po szybach powolutku toczyły się małe krople, rozmazując obraz za oknem. Monotonna jazda wśród przydrożnych lasów, miłe ciepełko w samochodzie i gorąca herbata z termosu, sprawiła, że znużony Patryk oparł głowę o fotelik i patrząc w gęstniejącą ciemność porządkował wszystko, co się dzisiaj stało. Mały, wiejski cmentarzyk, jesienna mgła ścieląca się na polach, opowieści o błąkających się w Dniu Zadusznym duszach, ogniskach i zniczach kłębiły się w jego małej głowie, wysyłając go na skraj jawy i snu. Przenikały się tak, jak przenikała się przez wieki tradycja…

I wtedy, za oknem dostrzegł postać żołnierza, galopującego na koniu, a gdy mu się przyjrzał ten uśmiechnął się do niego i zasalutował. „Jaki on podobny do dziadka?” – zadziwił się chłopiec, a potem usnął. A może stało się to wcześniej?