„Wielkanoc w Peru”, Aleksandra Kołomijska

Wielkanoc już za nami. Świąteczny nastrój zamieniliśmy na szkołę i pracę. Po wielkanocnym śniadaniu i święconym jajku pozostało już tylko wspomnienie. Może gdzieniegdzie uchowała się jeszcze zagubiona pisanka. Ale gdzieś „w dalekim świecie”, w Peru na przykład, święta wyglądały inaczej. Nie było święconki i wielkanocnego baranka, była natomiast pielgrzymka do siedmiu kościołów i słońce na plaży w Paracas, o czym opowiada Aleksandra Kołomijska, Polka, lingwistka, mieszkająca w centrum Limy. Zapraszam!

Stragan z palmami wielkanocnymi przed kościołem w Limie

W tym roku, mieszkając w Peru od pięciu miesięcy, miałam okazję obserwować tutejsze obchody Świąt Wielkanocnych, a raczej podejście Peruwiańczyków do nich. Chciałabym przy tym zaznaczyć, że moje doświadczenia i spostrzeżenia oparte są na kontaktach z mieszkańcami stolicy Peru, Limy. Mając za sobą kilka podróży po bardzo różnych regionach kraju, myślę, że z dość dużą dozą prawdopodobieństwa można podejrzewać, że zarówno tradycje, jak i ich przestrzeganie wyglądają inaczej na prowincji i poza dużymi miastami. Wiedząc, że Peru to kraj mocno katolicki oraz mając doświadczenie obchodzenia tu ostatnich Świąt Bożego Narodzenia, które są w Peru podobnie ważne jak dla nas w Polsce, zakładałam, że podobnie będzie ze Świętami Wielkanocnymi. Jednak myliłam się. Okazuje się, że Wielkanoc, owszem, jest obchodzona i znajduje swoje odzwierciedlenie w kalendarzu świąt państwowych, ale wagę do uroczystości przywiązuje  bardzo niewiele osób. Tak jak w Hiszpanii, w Peru mówiąc o Wielkanocy używa się terminu Semana Santa – Wielki Tydzień. Obchody Wielkanocy w Kościele katolickim w Peru są zbliżone do tych w Kościele polskim. Niedziela poprzedzająca Wielkanoc jest Niedzielą Palmową i na mszach odbywających się tego dnia święci sie palmy wielkanocne. Podobnie jak w Polsce można je kupić na straganach przed kościołami, jednak są one dość inne od tych, które dobrze znamy. W Peru ramos (dosł. bukiety, tu: palmy wielkanocne) wykonuje się z liści palmy woskowej. Jako że nie dekoruje się ich żadnymi innymi materiałami (nie zdobi ich nic kolorowego, nie dodaje się np. kwiatów), na pierwszy rzut oka mogą wydawać się mało atrakcyjne. Jednak po bliższym przyjrzeniu się zachwyca misterność ich wykonania, a przede wszystkim mnogość kształtów, w których występują. W trakcie mszy wielkoczwartkowych, tak jak w Polsce, ma miejsce obmycie stóp, a w Wielki Piątek wieczorem na ulicach wokół kościołów odbywa się droga krzyżowa. W Niedzielę Wielkanocną odbywają się msze upamiętniające zmartwychwstanie Chrystusa, jednak w przeciwieństwie do polskiej tradycji nie muszą one rozpoczynać się bardzo rano, np. o 6. W Peru nie święci się natomiast pokarmów ani nie odwiedza grobów Pańskich w różnych kościołach w Wielką Sobotę. W Limie istnieje za to zwyczaj odwiedzania siedmiu różnych kościołów w historycznym centrum miasta w Wielki Czwartek. To, co przede wszystkim odróżnia Wielkanoc peruwiańską od polskiej to tradycje pozakościelne – a raczej ich istnienie w Polsce, a brak w Peru. U nas śniadanie wielkanocne jest równie ważne co wieczerza wigilijna, dzielenie się jajkiem symboliczne jak łamanie się opłatkiem. Mamy tradycyjne wielkanocne potrawy, których przygotowanie planowane jest z wyprzedzeniem, malujemy pisanki, dekorujemy domy. W Peru takie ani żadne inne zwyczaje wielkanocne nie są kultywowane. Nie ma tradycyjnego spotkania z rodziną, typowych dla Wielkanocy potraw ani dekoracji. W niektórych sklepach można spotkać niewielką sekcję z czekoladowymi jajkami i zającami, ale wydaje się to być bardziej podążaniem za europejsko-amerykańskimi zwyczajami niż lokalnym obyczajem. W Peru dniami wolnymi około Wielkanocy są poprzedzające ją czwartek i piątek. Sprawia to, że dla znakomitej większości osób Wielkanoc to „długi weekend”, który w powszechnej świadomości jest ostatnim weekendem lata (co zawsze mnie dziwi, biorąc pod uwagę, że Wielkanoc to święto ruchome przypadające czasem jeszcze w marcu, czasem pod koniec kwietnia). Najpopularniejszą „tradycją” wielkanocną jest więc kilkudniowy wyjazd za miasto, dla mieszkańców Limy jest to bardzo często wyjazd na jedną z podmiejskich plaż – ostatni w sezonie. Podczas takiego wyjazdu nikt raczej nie myśli o ukrzyżowaniu czy zmartwychwstaniu Chrystusa, jest to czas odpoczynku, zabawy, dla młodszego pokolenia często także imprezowania. Podczas naszego tegorocznego pobytu w nadmorskim kurorcie Paracas w Wielki Piątek i Wielką Sobotę wieczorem w lokalnym klubie grała głośna na całą okolicę muzyka, a kelner w restauracji zachęcał do zamawiania drinków motywując to wykrzyknieniem:  „Sigue la Semana Santa!” („W końcu jest Wielkanoc!”). Sklepy działają normalnie, nawet w Niedzielę Wielkanocną – bardzo zdziwiłam się widząc swój osiedlowy supermarket otwarty do 23, tak jak w każdy inny dzień. Nikt, również osoby mocno przestrzegające tradycji katolickiej, nie widzi w takich zachowaniach niczego niestosownego. Poniedziałek po Wielkanocy jest w Peru już normalnym dniem pracy, wspomnienie o lanym poniedziałku jest dla Peruwiańczyków czymś zupełnie abstrakcyjnym. Można więc zauważyć, że w Peru Wielkanoc to święto, które obchodzą w zasadzie tylko osoby mocno religijne. Dla znakomitej większości jest to zaś czas wypoczynku, wyjazdów z rodziną lub znajomymi, a niejednokrotnie również czas dobrej zabawy. Mimo początkowego zaskoczenia kiedy obserwuje się tak inne podejście do tej samej wiary i tradycji, naturalną staje się refleksja nad tym, czy tylko to, co znane i wbudowane w nas jest jedyne i słuszne.

Aleksandra Kołomijska, Lima, 23.04.2019

Plaża pełna turystów w Rezerwacie Narodowym Paracas w Wielką Sobotę

„Wielkanocne zwyczaje”, Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie dla dzieci

Smuga jasnego światła przesączała się przez wąską szparę między zaciągniętą roletą a okienną ramą. Wpełzła po kołdrze, by ostatecznie muskać czoło Maurycego. Chłopiec bezwiednie zmrużył oczy. Jeszcze spał, ale nadchodzący dzień domagał się już swoich praw. Leniwie uniósł powieki, ale szybko zamknął je porażony blaskiem słonecznych promieni – tak intensywnych, jakie tylko wiosną wdzierają się do naszych domów, aby nieskrępowane jeszcze liśćmi na drzewach oznajmić nam, że świat budzi się do życia – nie tylko po nocy, ale i z zimowego otępienia. Maurycy powoli usiadł na łóżku. Dziś nie musiał się spieszyć do szkoły. Pociągająca perspektywa błogiego lenistwa sprawiała mu niezwykłą przyjemność. Nie długo. Gwałtowne szarpnięcie za klamkę wyraźnie zwiastowało, że Renatka już wstała.

– Wstawaj! Idziemy na zakupy! Mama tak powiedziała! – jednym tchem wypaliła.

– Nie idę – jednoznacznie odparł Maurycy.

– Idziesz! – z nieukrywaną radością zripostowała siostra. – Zawsze na jarmark świąteczny chodzimy razem.

– Jaki jarmark? – chłopiec wciąż się nie mógł obudzić.

– W-i-e-l-k-a-n-o-c-n-y – dobitnie przeliterowała dziewczynka, chwaląc się przy okazji nabytą niedawno umiejętnością.

Maurycy bez słowa wykluł się z pościeli i noga za nogą powlókł do łazienki. Wiedział, że nie ma sensu dyskutować. Mała miała rację – na świąteczne jarmarki zawsze chodzili razem. Z resztą nawet je lubił. Mama zwykle wpadała w amok zakupów i chętnie zgadzała się na „nabycie różnych dóbr materialnych po okazyjnych cenach”. Dopiero po powrocie do domu, kiedy sprawdzała zawartość swojego portfela zaczynała mieć wątpliwości, czy rzeczywiście „dobra” te były im potrzebne. Ale mama była podatna – jak sama mówiła – na świąteczną atmosferę i szybko przechodziła nad chwilą troski do porządku dziennego, albo raczej świątecznego.

Jarmark był w tym roku okazały, pewnie dlatego, że pogoda była naprawdę piękna, bo święta wypadały późno. Maurycy nawet nie wiedział, że aż tak późno mogą wypaść, bo ostatni raz zdarzyło się tak, gdy był jeszcze małym chłopcem. Wielkanoc obchodzona jest w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni Księżyca, dlatego jej data jest ruchoma. Zawsze wypada między 22 marca a 25 kwietnia. Stąd i pogoda może być różna – od śniegu po lato. Tegoroczne święta zapowiadały się naprawdę ciepłe. Po placu w dużym nieładzie przechadzali się liczni klienci. Z zainteresowaniem przeglądali produkty oferowane na stoiskach. Duży hałas i wrzawa, duży ruch ale atmosfera już świąteczna. Widok jaskrawożółtych narcyzów zatopionych w gąszczu intensywnie zielonego bukszpanu przywodziło na myśl wiosenną radość i ciepło, które rozlewały się na ustach miłym uśmiechem. Wiosna to czas, kiedy natura odradza się po okresie mroku i uśpienia do nowego życia. Tak, jak chrześcijanin odradza się w Wielkanoc poprzez śmierć i  zmartwychwstanie Chrystusa, a przede wszystkim przez miłość Boga Ojca i jego Syna. Maurycy znał istotę religijną świąt. Był ministrantem. Co roku uczestniczył w obchodach Triduum Paschalnego, które rozpoczyna się w Wielki Czwartek mszą Wieczerzy Pańskiej. Potem brał udział w Liturgii Męki Pańskiej i adoracji Krzyża w Wielki Piątek, czuwał przy Grobie Pańskim w Wielką Sobotę, by ostatecznie dźwięcznym głosem dzwonków obwieścić Jego Zmartwychwstanie. Jego mama nie brała udziału w tych obchodach tak aktywnie. Święta spędzała raczej w spokoju i zadumie, unikając przepełnionych w tych dniach kościołów i czytając Pismo Św., by podczas niedzielnego śniadania rozkwitnąć nową siłą i radością. I o to śniadanie właśnie dziś na jarmarku troszczyła się najbardziej. Maurycy unikając tłumów kłębiących się przy kramach obserwował z daleka jak przegląda wszystkie rodzaje białych kiełbas, lustruje wzrokiem razowe chleby na zakwas na żurek, poszukuje najlepszego białego sera na sernik i najświeższych drożdży na wielkanocne baby. Na stole nie mogło przecież zabraknąć tradycyjnych potraw. Właśnie podczas tych oględzin niespodziewanie padła w ramiona jakiejś pani i obie serdecznie się ucałowały. Potem zaczęły ożywioną rozmowę, raz po raz potrącane i szturchane przez klientów próbujących dostać się do lady. Zorientowawszy się wkrótce, że utrudniają klientom zakupy, odsunęły się od kramu z wędlinami i ruszyły w stronę Maurycego.

– To mój syn – dokonała prezentacji mama. – Mam też córkę, ale gdzieś się zapodziała w tym tłumie.

Maurycy uściskał wyciągniętą dłoń i szarmancko się skłonił.

– Bożenka jest moją koleżanką ze szkoły. Nie widziałyśmy się wieki – wyjaśniła mama.

– Też mam córkę w Twoim wieku. Ma na imię… – nie zdążyła dokończyć pani Bożenka, bo nagle, jak z podziemi, wyrosła przed nią nastolatka i nie zwlekając przedstawiła się:

– Ewka – po czym przywitała się z mamą Maurycego, samym Maurycym i Renatką, która nadbiegła nieoczekiwanie widząc, że zaczyna się coś dziać nietypowego.

Ewka była szczupłą, wysoką blondynką. Filuterna grzywka opadała jej z dwoma kędziorkami po bokach na czoło, które dziewczyna odruchowo co jakiś czas zgarniała na bok. Duże, błyszczące, seledynowe oczy i wydatne usta rozciągnięte w szerokim uśmiechu nadawały jej twarzy wyraz ciągłej radości i afirmacji życia. Ubrana była w zwiewną bawełnianą sukienkę, czarną w białe grochy i sportowe buty. Już na pierwszy rzut oka widać była, że tryska nieskrępowaną energią.

– Kupiłam sobie nowy pistolet na wodę – pochwaliła się mamie – Paweł i Grzesiek nie mają szans. Irenka też na pewno się przygotowała – zaśmiała się przy tym szelmowsko.

– Ewcię rozpiera energia – pospieszyła z wyjaśnieniami koleżanka mamy. – Co roku wyjeżdżamy na święta do mojej siostry. Dzieciaki urządzają sobie tam prawdziwy Lany Poniedziałek. Na szczęście nas oszczędzają – dodała.

Maurycy zdziwił się nieco. Miał raczej osobowość „kontemplacyjną” – jak mawiała mama. Lany Poniedziałek kojarzył mu się raczej z łobuzami, którzy z wiadrami pełnymi wody szukają swoich ofiar na przystankach autobusowych. Sam nigdy nie brał w tym udziału. Wydawało mu się to głupie i niestosowne. I miał rację. A Ewka… Jego rozmyślanie przerwał szczebiot dziewczyny, która zauważyła nieukrywane zdziwienie na twarzy chłopca i spieszyła wyjaśnić, że jej też nie interesują głupie wybryki ulicznych terrorystów, ale małe wariactwo z kuzynostwem:

– To fajna zabawa. Każdy może się dołączyć i każdy może zrezygnować. To jego wybór. Ja to uwielbiam! Zwłaszcza jak jest tak ciepło. Nawet dziadek się z nami bawi. I jest naprawdę doświadczonym i groźnym przeciwnikiem. Dziadek to nawet mówi, że trzeba się w Poniedziałek Wielkanocny polewać, bo taka jest tradycja.  To śmigus-dyngus. Kiedyś chłopi wychodzili tego dnia na pole i skrapiali je wodą święconą, żeby zapewnić swoim plonom deszcz latem. Potem chłopcy zaczęli polewać dziewczęta. Podobno najchętniej polewali te najładniejsze. Teraz my z Irenką polewamy chłopaków, chociaż wcale nie są ładni – znowu zachichotała Ewka.

– W takim razie to dziwne. To ty powinnaś być najbardziej mokra – niespodziewanie wypalił Maurycy i zaraz się zawstydził, bo zorientował się, że powiedział za dużo. Ta dziewczyna od razu zorientuje się, że mu się podoba. Ale taka była prawda, niestety. Maurycy sam nie wiedział dlaczego. Było w niej jednak coś urzekającego. Może ten śmiech, może ten niesforny kosmyk a może ta radość i energia, które tak wpisywały się w wiosenną aurę.

– Chodźcie, obejrzymy koszyczki na pisanki. Są naprawdę piękne – nie skomentowała Maurycowego tekstu Ewka i pociągnęła Renatkę za rękę w kierunku najbliższego stoiska, gdzie wśród różnych rozmiarów wiklinowych koszów krzątała się starsza pani. Chłopak poszedł za nimi.

– Są takie śliczne. Zwłaszcza ten jasnozłoty z półokręgami na otoku – dziewczyna wzięła jedną z plecionek do ręki.

– Do tego pasuje ta koronkowa serwetka. Ręcznie robiona. Na szydełku – doradzała ekspedientka – Albo ta beżowa z haftem angielskim.

– Moja prababcia też takie robiła – wtrącił się Maurycy – Zawsze jej używamy do święconki. To taka nasza wielkanocna tradycja. A sól i pieprz wsypujemy do kryształowego naczynka, które zostało po drugiej prababci. Co prawda ma ułamany uchwyt, ale mama mówi że trudno, że w ten sposób jest tak, jakby były z nami w święta – i znowu chłopak się zawstydził. Pomyślał, że „ta” dziewczyna uzna go za sentymentalnego mięczaka. Ale Ewka spojrzała na niego z uwagą i dodała:

– Moje prababcie jeszcze żyją. Babcia Janka robi przepiękne pisanki. Barwi je w wywarze z łupin cebuli na taki ciemno rdzawy kolor, a potem żyletką wyskrobuje różne wzory.

– A my z mamą kąpiemy jajka w barwnikach. I mają różne kolory – nawet różowy i fioletowy – dorzuciła Renatka.

– Te, które robi twoja prababcia to drapanki, a te, które ty robisz – starsza pani od koszyków wskazała palcem Renatkę – to kraszanki – wtrąciła. Jajka są symbolem nowego życia a te ozdobione miały zapewnić pomyślność i urodzaj – jeszcze zanim w Polsce zadomowiło się chrześcijaństwo. Teraz, kiedy święcimy je w Wielką Sobotę dodatkowo niosą radość i nadzieję związaną ze Zmartwychwstaniem.

– Ja nie święcę pisanek, nie wierzę w Boga – niespodziewanie odezwała się Ewka – Ale i tak je robię. Są takie piękne!

– I nie dzielisz się święconym jajkiem przed śniadaniem wielkanocnym? – nie mógł zrozumieć Maurycy.

– Nie, ale na śniadanie też jemy jajka. Najczęściej faszerowane pieczarkami. Pycha! – rozmarzyła się dziewczyna.

– I nie masz baranka cukrowego? – dopytywała Renatka

– Nie – już mniej pewnie dodała Ewka, trochę zbita z tropu, że jej towarzyszy tak zadziwiło jej wyznanie.

– Żałuj – nie przejęła się tym mała – Jest taki słodki.

– Ale symbolizuje Chrystusa Zmartwychwstałego – wyjaśnił Maurycy.

– I ty zjadasz taki symbol? – tym razem to Ewka się zadziwiła. – Mnie tata urządza poszukiwanie czekoladowych jajek. Pochodzi z Francji. Tam to bardzo popularna zabawa.

– Jak to? – oburzyła się Renata, bo zestawienie cukru z czekoladą, zdecydowanie wypadało na korzyść tego drugiego i dziewczynka zaczęła się zastanawiać, czy nie lepiej być jednak niewierzącą.

– To proste. Chowa czekoladowe jajka w różnych miejscach w mieszkaniu, a ja muszę je odszukać. Czasami podpowiada albo daje rymowane zagadki do rozwiązania. Też możecie tego spróbować – zachęcała Ewka, a Renata od razu pobiegła do mamy, żeby sprzedać jej podsunięty przez koleżankę pomysł. Miała przecież niepohamowaną ochotę na czekoladowe trofea.

Maurycy i Ewka zostali sami. Na chwilę zapadła krępująca cisza. Maurycy nie bardzo wiedział co zrobić. Chciał jeszcze pogadać z tą dziewczyną, pobyć z nią nawet po prostu, ale nie miał pomysłu jak pociągnąć dalej tę znajomość.

– Jak chcesz, to możesz zrobić Renacie niespodziankę i sam ukryć jajka. Daj mi swój numer telefonu to podeślę ci zagadki, które mi zrobił tata w tamtym roku.

– Super pomysł! – naprawdę ucieszył się chłopak i niekoniecznie dlatego, że sprawi siostrze radość. Chociaż to też. Najważniejsze jednak, że będzie miał z Ewką kontakt. Bo Ewka wygląda na naprawdę świetną dziewczynę. Zaraz po świętach, gdy już złapie trochę czasu po nabożeństwach Wielkiego Tygodnia, zaprosi ją na lody. Kto wie, może nawet pójdą razem na spacer do parku? Eee! Nie. Nic z tego nie będzie. Przecież tak się różnią. Pewnie będzie wolała iść na rower. „Dobra. Niech już będzie ten rower” – pomyślał Maurycy – „Na spacer pójdziemy innym razem”.

„Na przykład Małgośka”, Paweł Beręsewicz

Robert jedzie na obóz tenisowy. W tenisa gra świetnie, ma do tego talent. Niespodziewanie jednak wyjazd staje się szkołą życia. I nie chodzi tu o wirtuozerię na korcie, nie chodzi też wcale o przetrwanie nocą w ciemnym lesie, ani nawet o konfrontację z wampirem. Chodzi tu o relacje ze zwykłą dziewczyną. Na przykład Małgośką.

„Na przykład Małgośka”, Paweł Beręsewicz; okładka i ilustracje: Monika Kanios-Stańczyk; wydawnictwo: Literatura;

Bo Robert ma jedenaście lat. Sporo już wie o życiu. Umie sam sobie spakować walizkę, umie poradzić sobie z kolegami, jest przygotowany na stawienie czoła trenerowi, który jego zdaniem przeobraża się nocą w wampira. Ale nie wie jeszcze, że z dziewczyną można fajnie spędzić czas, a rozmowa z nią nie jest powodem do wstydu. Małgośka jest dla Roberta super. Super gra w tenisa, super sobie radzi w śledzeniu wampira, ma super pomysły i super… piegi. Robertowi trudno się w tym wszystkim zorientować. Nieznane emocje, które budzi w nim znajomość z dziewczyną wywracają jego poukładany chłopięcy świat. W tej zmienionej rzeczywistości trudno mu się zorientować, wszystko miesza się i komplikuje, a szczera rozmowa z trenerką Olą jeszcze dolewa oliwy do ognia. Na skutek różnych niedopowiedzeń i ogólnego niezrozumienia fabuła gmatwa się i zawiązuje w węzeł gordyjski. Pani Ola, która kocha się w panu Mariuszu, pan Mariusz, który robi wszystko, aby zbliżyć się do pani Oli, Robert i Małgośka, którzy próbując uchronić przed nim panią Olę, skutecznie mu to uniemożliwiają (i to wcale nie z przekonania, że ten związek nie ma szans, ale z pewności, że pan Mariusz ze swoimi rozrośniętymi „trójkami” jest najprawdziwszym wampirem). Brzmi niejasno? No właśnie. Trzeba przeczytać.

Książka jest naprawdę „fajna”, rozrywkowa, w której dużo się dzieje, a opowieść o tym spisana jest lekkim, swobodnie „lejącym się” językiem. Czyta się miło i szybko, przy okazji uświadamiając sobie, że nie zawsze się wygrywa, a porażka też może być całkiem „spoko”; że nie można wyciągać zbyt pochopnych wniosków; no i że dziewczyny naprawdę nie pochodzą z innego świata. Autor na mocnym luzie wprowadza swoich czytelników w kuluary damsko-męskich relacji towarzyskich na poziomie młodszych nastolatków, oswajając ich powoli z tym, co jeszcze dla nich niezrozumiałe, wstydliwe, a nawet przerażające. Ale przecież głównemu bohaterowi się udało… „To, co zamierzał teraz zrobić, wymagało prawdziwego męstwa. Ale przecież Robert potrafił w środku nocy w czasie pełni księżyca rzucić główką czosnku w krwiożerczego Wampira. Miał więc też chyba tyle odwagi, żeby zadzwonić do zwykłej niegroźnej dziewczyny – na przykład Małgośki.”

Naszym dzieciom też może się udać 😊

„W pustyni i w puszczy”, Henryk Sienkiewicz

Wiem – „trąci myszką”, nie przystaje do rzeczywistości a język nie jest do końca zrozumiały. Ale mimo wszystko zróbcie wszystko, aby Wasze dzieci nie poddały się po pierwszych stronach. To „Sienkiewicz”. Wszyscy wiemy, że długo się rozkręca.

„W pustyni i w puszczy”, Henryk Sienkiewicz; ilustracje: Iwona Walaszek-Sarna, projekt okładki: Anna Witwicka; wydawnictwo: Wydawnictwo SBM;

Przez pierwsze sześć rozdziałów nawet ja z trudem przebrnęłam, chociaż nie jest to mój pierwszy raz i wiem, czego mogę się spodziewać dalej. W przypadku naszego dziewiętnastowiecznego mistrza prozy powiedzenie „nie oceniaj książki po okładce”, należałoby poddać trawestacji „nie oceniaj Sienkiewicza po pierwszych pięćdziesięciu stronach”. Jego dbałość o to, aby czytelnik zanim utonie w fabule, wiedział o swoich bohaterach wszystko – jak wyglądają, skąd pochodzą, co lubią a czego nie, jaki jest ich profil psychologiczny może zmęczyć współczesnego odbiorcę. Ale to, co oferuje potem, rekompensuje te małe niedostatki.
A daje w zamian niemało – przede wszystkim dowodzi, że słowem można malować, zwłaszcza krajobrazy. I jest to pewne novum dla naszych dzieci, przyzwyczajonych do ubogiego słownictwa, krótkich informacji tekstowych, emotek i symboli, które oferują im dla szybszego i łatwiejszego porozumiewania różnego rodzaju komunikatory. Cała fabułę „W pustyni i w puszczy” można by pewnie zmieścić na 100, a nie 300 stronach. Autor zaoszczędziłby wtedy czytelnikowi tych wszystkich momentów grozy i przerażenia, okrucieństw głodu i wojny, ale też ten sam czytelnik byłby uboższy o piękno i niedostępność afrykańskiej przyrody, urzekający zachód słońca nad sawanną i potęgę pustynnej burzy. Lektura tej powieści może dowieść, że słowo ma moc, nie mniejszą od pędzla i dźwięku – moc, która porusza wyobraźnię.
Jest to też dobra okazja, żeby porozmawiać ze swoimi dziećmi o trosce i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Dziś lansujemy raczej prawo do zaspokajania naszych potrzeb. Umiemy odmawiać i stawiać jasno swoje wymagania. To dobrze. Ale granica między zdrową asertywnością a chorym egocentryzmem jest baaardzo cienka i może warto wskazać naszym dzieciom drugą stronę medalu, aby potrafiły złapać balans.
A na zakończenie proponuję, aby przybliżyć młodym czytelnikom historię kolonizacji Afryki i jasno powiedzieć, że nie była to chlubna karta w historii zachodnioeuropejskiej cywilizacji.

„Kroniki Archeo. Oko węża”, Agnieszka Stelmaszyk

Zaczęło się od „Tajemnicy klejnotu Nefertiti”, przygodowej powieści dla starszych dzieci, która oprócz tego, że „wciąga”, to jeszcze przemyca dużą dawkę informacji z historii i archeologii. To tam po raz pierwszy spotykamy się z piątką młodych poszukiwaczy przygód, którzy w związku z wrodzoną ciekawością i splotem dziwnych okoliczności stają się odkrywcami zaginionego skarbu. I niczym Indiana Jones niemal na stałe zajmują się tą profesją w kolejnych tomach „Kronik Archeo”.

„Kroniki Archeo. Oko węża”, Agnieszka Stelmaszyk; ilustracje: Paweł Zaręba; wydawnictwo: Zielona Sowa;

„Oko węża” jest najnowszą powieścią serii. Na scenie opisanych w niej wydarzeń, które elektryzują czytelników, jak zwykle pojawia się Bartek Ostrowski – chłopiec roztropny i odważny, jego uzdolniona plastycznie siostra – Ania i trójka angielskich przyjaciół – rodzeństwo Gardnerów: Mary Jane, Martin i Jim. Wszyscy obdarzeni są błyskotliwą inteligencją i rodzicami archeologami. Dzięki temu dużo podróżują po świecie, są miłośnikami historii i z równym powodzeniem znajdują przygody, jak i przygody znajdują ich. Tym razem wszystko zaczyna się niewinnie – wakacje w bawarskich Alpach, góry, słońce i jeziora. Tę idyllę przerywa niewyjaśnione zaginięcie ciotki Ofelii podczas zwiedzania zamku Neuschwanstein. Dalej jest już tylko coraz ciekawiej. Wystarczy dodać, że w połowie książki akcja przenosi się do Bombaju a potem do dżungli w Indiach. Ale szczegółów nie będę już zdradzać.

„Oko węża”, jak wszystkie pozycje „Kronik Archeo” nie tylko „bawi”, ale i „uczy”. Ale nie robi tego nachalnie. Wszystkie dodatkowe informacje historyczne i kulturowe zamieszczone są na wyraźnie wyróżniających się z tekstu fabularnego aplach. Kto chce, może dowiedzieć się trochę m.in. o Ludwiku II Wittelsbachu, zamku Neuschwanstein czy o Johnie Everetcie Millaisie. Ja się dowiedziałam… Umiem też odróżniać rośliny pieprzu od herbaty, przypomniałam sobie informacje o Gangesie i poznałam zwyczaje słonia indyjskiego i tygrysa bengalskiego. Polecam. To bardzo miła forma uzupełniania wiedzy, zwłaszcza dla dzieci. Pewnie zostanie z niej w głowach więcej niż z podręcznikowej lekcji historii czy geografii. Na wewnętrznych okładkach znajdują się jeszcze mapy, ale pełnią funkcję tylko orientacyjną. Biorąc pod uwagę ilość i jakość informacji zawartych w tekście, myślę, że mogłyby być trochę dokładniejsze.

Reasumując: dużo wiedzy zaklętej w wartki tekst; intryga ciekawa, obfitująca w zwroty akcji i nieprzewidziane wydarzenia, ale na tyle zrozumiała, że bez trudu poradzi z nią sobie dziesięciolatek, a i dwunastolatek nie pogardzi. Do tego znajdziemy w książce dużo kolorowych ilustracji i krótkich podsumowań, a kolejne tomy „Kronik Archeo” przeprowadzają czytelnika przez różne miejsca, różne kultury i różne okresy historyczne. Swojemu dziecku kupiłam całą serię 😉