„Everest. Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Niesamowita historia”, Alexandra Stewart

„Najlepsze, co zrobiłem dla świata, to nie osiągnięcia w górach czy na Antarktydzie, tylko projekty dla moich przyjaciół Szerpów. Tym chciałbym się zapisać w ludzkiej pamięci” – takiego Edmunda Hillarego pewnie nie znacie. Wiadomo, że zdobył jako pierwszy w towarzystwie Tenzinga Norgay’a Mount Everest, wiadomo że przemierzył całą Antarktydę, od morza do morza, ale czy wiecie, że swój himalaistyczny sukces przekuł na działalność charytatywną w Nepalu? Że dzięki jego inspiracji i zaangażowaniu w tym kraju na „strychu świata” zbudował liczne szkoły, szpitale, ośrodki zdrowia, mosty i wodociągi z wodą pitną? A czy Wasze dzieci wiedzą?

„Everest. Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Niesamowita historia”, Alexandra Stewart; ilustracje: Joe Todd-Stanton; wydawnictwo: Wilga;

„Everest. Edmund Hillary i Tenzing Norgay. Niesamowita historia” to pozycja z kręgu popularno-naukowej literatury dziecięcej gorąco rekomendowana przez Martynę Wojciechowską, która pisze: „To wspaniała, pięknie zilustrowana książka dla dzieci i dorosłych. Inspirująca opowieść o ciekawości świata, odwadze i determinacji…” Czyżby pokrewieństwo dusz z bohaterem książki? Niewykluczone. W każdym razie całkowicie się z nią zgadzam. Przede wszystkim dlatego, że „dla dzieci i dorosłych”. Nie zamknęłam tylnej okładki, zanim nie skończyłam. Po drugie dlatego, że „inspirująca” i to nie tylko o ciekawości, odwadze i determinacji, ale również o ludzkim sercu i potędze wrażliwości, o czym pisałam we wstępie. Także o współpracy, o działaniu w grupie, o projektowym działaniu, które przynosi sukces.

Pierwsza brytyjska wyprawa na Mount Everest odbyła się już w 1921 roku, ale ta, która zakończyła się zdobyciem szczytu dopiero 32 lata później. Przez te wszystkie lata podejmowano kolejne próby, które często nawet nie doprowadzały do ataku na szczyt. Dopiero ekspedycja pod kierunkiem pułkownika Johna Hunta, oficera wojskowego w służbie czynnej i eksperta od działań wojennych w terenie wysokogórskim zorganizowana w 1953 roku przyniosła zdjęcie panoramy ze szczytu najwyższej góry świata. Dlaczego? Otóż została przygotowana z iście wojskową precyzją. Myślę, że jest to jeden z lepszych przykładów potwierdzających skuteczność „projektowego podejścia do zadań”. Hillary i Norgay zdobyli szczyt, ale zdobyli go w imieniu tych wszystkich, którzy swoją pracą i wiedzą wspierali wyprawę – w takim zakresie, w jakim najlepiej potrafili, w którym byli najbardziej potrzebni i efektywni. Liczyło się wszystko – od wybrania i przygotowania sprzętu, przez logistykę, transport i zwykłą pracę fizyczną. Udział dwóch ludzi, którzy wbili czekan w lód na wysokości 8848 metrów n.p.m. okazał się najbardziej spektakularny z punktu widzenia mediów i późniejszej sławy, ale tak naprawdę nie był w niczym „bardziej”. W skali całej wyprawy Nowozelandczyk i Szerp zajęli z racji swoich umiejętności najodpowiedniejsze dla siebie miejsce – tak, jak wszyscy pozostali uczestnicy. I to jest wydaje mi się w tej historii najbardziej czytelnym morałem…

A sama historia jest niezwykle ciekawa. Informacje o Edmundzie Hillarym i Tenzingu Norgay’u przeplatają się tu ze sobą i z wiadomościami o wspinaczce wysokogórskiej, by osadzone na tle historycznym dać czytelnikowi naprawdę solidną porcję wiedzy. Same postacie nie są uprzedmiotowione. Widzimy w nich prawdziwych ludzi, ich osobiste porażki i sukcesy, ich drogę na szczyt góry i na szczyt własnych możliwości. Książka jest naprawdę bogato ilustrowana, wzbogacona dodatkowo dużą ilością rysunków poglądowych, ułatwiających zrozumienie treści. Nie będę więc oryginalna i całkowicie zgodzę się z Martyną Wojciechowską. Polecam!

„Pióro T-rexa. Magiczne drzewo”, Andrzej Maleszka

Witam Wszystkich w Nowym Roku. Niby nowy, ale jednak nic poza datą się nie zmieniło. Zupełnie tak, jak z książką, o której dziś piszę. Niby nowa, ale jednak kontynuacja znanej serii. Te same postacie, podobne kłopoty i wartka, pełna zwrotów akcja, do których zdążyliśmy się już przyzwyczaić.

„Pióro T-rexa. Magiczne drzewo”, Andrzej Maleszka; ilustracje: Andrzej Maleszka; wydawnictwo: Znak;

„Magiczne drzewo” to seria, którą zachłysnęło się już wiele starszych dzieci. Niezwykła historia, zaskakujące wydarzenia, spora dawka magii i czarów i niecodzienne rozwiązania. Znani już nam bohaterowie znowu stają przed wielkimi wyzwaniami. Tym razem nie muszą ocalać całego świata, wystarczy, że ocalą przyjaciela. Bo Kuki wpadł w naprawdę niezłe tarapaty. Zraniony, na skutek przedziwnych splotów okoliczności, przez karnotaura zapadł na infekcję, wywołaną przez bakterie ze świata sprzed milionów lat, w którym widok żywego dinozaura nikogo by nie zdziwił. Wyleczyć go może tylko specjalna mikstura z kilku składników pochodzących z okresu wymierających jaszczurów. Alik, Ida i Julka wyruszają do niego przez wrota czasu. Dołącza do nich Kajetan – ośmioletni miłośnik paleontologii, który wspiera ich swoją wiedzą o tym odległym świecie. I chociaż – jak zwykle – są w posiadaniu magicznego przedmiotu, który znacznie ułatwia tę wyprawę, to jednak nie jest łatwo. Ziemia zamieszkana przez olbrzymie gady nie jest przyjaznym miejscem do odbywania krajoznawczych wycieczek. Magia, po którą w razie kłopotów  sięgają młodzi podróżnicy też nie zawsze przynosi rozwiązania. Często muszą polegać na własnym sprycie i wiedzy. Przydaje się również umiejętność „łączenia wątków”. No i oczywiście wzajemna lojalność. Jakoś się ostatecznie udaje…

Kiedy to czytacie, zastanawiacie się pewnie po co podsuwać dzieciom książkę, która tak naprawdę niewiele różni się od poprzednich pozycji z tej serii. Ja jednak myślę, że warto. Przede wszystkim dla rozrywki. Algorytm „Magicznego drzewa” sprawdził się. Książki same się prosiły o to, by do nich zajrzeć i przeczytać jak najszybciej. Ta też się prosi. Dzieci chętnie wnikają w świat wyobraźni, gdzie magia miesza się ze znaną im rzeczywistością, a adrenalina płynie wąską stróżką, ale nieustannie. Na koniec okazuje się, że wszystko zdarzyło się, bo miało się zdarzyć. Czyżby wiara w przeznaczenie? U progu nowego roku, to może być całkiem poważne przesłanie. Nie uwierzcie w nie jednak za bardzo, bo może się stać łatwym wytłumaczeniem dla rezygnacji z kreowania własnego świata 😉

„Dziadek do orzechów. Bajki baletowe”, Katarzyna K. Gardzina-Kubała, Tadeusz Rybicki.

„Bajki można usłyszeć albo zobaczyć. Czekają na nas w różnych, często zaskakujących miejscach. Czasami można je ujrzeć, jak kłębią się między chmurami, żeglując razem z nimi po niebie. Albo trzepocą w plamach słońca pod starymi drzewami jak wielkie, aksamitne motyle. Jedną wymruczał mi znajomy kot, zaplątała mu się w futerku podczas wyprawy na strych…”

„Dziadek do orzechów. Bajki baletowe”, Katarzyna K. Gardzina-Kubała, Tadeusz Rybicki; ilustracje: Klaudia Polak-Szewczyk; wydawnictwo: Studio Blok;

Dziś bajka i nie-bajka, przepiękna opowieść, którą misternym tańcem plotą na scenie teatrów baletowych świata tancerze z towarzyszeniem orkiestr symfonicznych. Teatru Wielkiego też – zawsze w okresie okołoświątecznym. Cudowna muzyka, poezja ruchu i zapierające dech w piersiach dekoracje. Warto zobaczyć. Warto, żeby rozsmakować dziecko w sztuce baletu i warto, aby się nią nasycić. Nie ważne, czy to po raz pierwszy, czy setny. Zawsze oczarowuje i zachwyca.

„Dziadek do orzechów” – to oczywiście o nim mowa. Dziś w wersji z serii Bajki Baletowe. Wspaniała pozycja dla dzieci, która przybliża libretto baletu, powstałe na kanwie książki Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna „Dziadek do orzechów i Król Myszy” w formie zgrabnie opowiedzianej baśni. Dodatkowo mnóstwo informacji o kompozytorze muzyki – Piotrze Czajkowskim i choreografie – Lwie Iwanowiczu Iwanowie, a także o samym balecie i regułach tańca klasycznego. Jednym słowem – baśniowa uczta z nutą tańca i historii. A na deser przepiękne ilustracje, które zatrzymały na chwilę ruch w krótkiej kresce, ale nadal są nim przesiąknięte, jakby zatrzymane w półobrocie piruetu.

„Bajkę, którą opowiadam, wypatrzyłem pewnej zimy na szybie. Wmarzła pomiędzy kiście lodowych bukietów, które wytrawił na szybach mróz. A była to Wigilia…” Dziś też jest. Życzę Wam zatem, abyście napisali swoją własną bajkę – słowami świątecznych życzeń, dzieląc się opłatkiem, intensywną czerwienią wigilijnego barszczu, ciepłem pierogów z kapustą, korzennym zapachem piernika i słodyczą gorącej czekolady. Napiszcie ją spojrzeniami nad wigilijnym stołem, uściskami dłoni, pocałunkiem pod jemiołą, radosnym śmiechem i cichą kolędą. Napiszcie ją dziś, ale wspominajcie ją codziennie. Bo bajki nie tylko można usłyszeć i zobaczyć, bajki można też pisać. I to naprawdę pięknie…

Oba cytaty pochodzą z tekstu książki „Dziadek do orzechów. Bajki baletowe”, Katarzyna K. Gardzina-Kubała, Tadeusz Rybicki.

„Adela Jednorożec mimo wszystko”, Ludivine Irolla

Zbliżają się święta – te najbardziej rodzinne ze wszystkich świąt, podczas których wszystkie oczy zwracają się na maleństwo, które kiedyś przyniesie ludziom odkupienie. Cud, który się dokona na małą, malutką, maluteńką skalę zdarza się za każdym razem, kiedy na świat przychodzi dziecko. Każde ofiaruje coś światu. Każde, idąc swoją drogą przetnie kilka innych dróg, zmieniając je na zawsze. Dobrze, gdy odnajdzie radość w zmienianiu ich na lepsze.

„Adela Jednorożec mimo wszystko”, Ludivine Irolla; ilustracje: Marie de Monti; wydawnictwo: Wydawnictwo RM;

Wracając do rodziny… Czym jest? Co powoduje, że grupa ludzi, częściowo spokrewnionych, częściowo „nie-„ chce ze sobą być, chce się wspierać i dbać o siebie. Co sprawia, że niedoskonali, nie wolni od wad, a nawet całkiem przez nie „zajęci”, stajemy się dla siebie szczególni i wyjątkowi, a samo bycie ze sobą, choć nie pozbawione czasem gorzkich słów i wybuchów złości daje nam szczęście? Nie chcę „wyjeżdżać” tu z różowym lukrem, tak jak Adela Jednorożec nie chciała sypać cekinami ani pachnieć poziomkami. To i tak się działo, trochę przy okazji, trochę od niechcenia, trochę na przekór. Ważne, że tak naprawdę te słodkie atrybuty nie były nikomu potrzebne, aby ją kochać i szanować. Naprawdę nie trzeba spełniać wszystkich marzeń, pragnień, aspiracji. Trzeba po prostu być. Zawsze. To tak niewiele i tak dużo. I tego życzę nam wszystkim na te nasze spotkania rodzinne przy wigilijnym stole.

P.S.

A na zakończenie kilka słów od wspomnianej tytułowej Adeli – jednorożca, który wcale nie chciał być wyjątkowy. Zamiast cieszyć się swoją niespotykaną wyjątkowością na światową skalę, Adela wolała być wyjątkowa tylko dla tych, którzy byli dla niej najważniejsi. Wolała być najzwyklejszym koniem z rogiem, który chciał kochać i być kochanym bez tych wszystkich śliczności i bajkowych fajerwerków.

„Mieć szczęście to być przygarniętym przez dwoje ludzi, którzy naprawdę mnie kochają taką, jaką jestem, a nie za życzenia, które mogłabym dla nich spełnić. Mieć szczęście to mieć rodzinę, która nas kocha, nawet jeśli składa się z mrukliwego gospodarza, porywczej dziewczynki, żółwicy bez tylnych łap, ślepej suki, królików albinosów, rozzłoszczonej kozy, wystraszonego konia, koguta, który fałszuje, świni o dobrych manierach i kota egoisty.”

„Klub Dziadka Wkrętaka i bulgot, czyli tajniki hydrauliki”, Małgorzata Połeć-Rozbicka

Część II

– To była ONA! – stanowczo Weronika przytaknęła koleżance – Nie ma żadnej wątpliwości.

– E tam! Co wy, dziewczyny? Przecież to tylko jakaś głupia fantazja Gabrysi. Nie ma żadnej Hermenegildy, ani żadnego węgorza, przynajmniej zaczarowanego – Krzyś próbował odwołać się do rozsądku koleżanek.

– Co ty tam wiesz?! – wzburzyła się przyjaciółka – Nie słyszałeś tego. To był bulgot przeciskającej się przez rury ryby.

Krzyś nic już nie powiedział, tylko wymownie spojrzał na podekscytowane dziewczyny. Te jednak wytrzymały jego sarkastyczne spojrzenie i czekały na jakąś bardziej konkretną propozycję rozwiązania problemu.

-Przyjdę dziś do was wieczorem, jak pani Basia pójdzie do swojego pokoju – obiecał – Na pewno to się da jakoś racjonalnie wytłumaczyć!

Od dłuższego czasu dziób statku rozcinał ciemnoniebieską taflę jeziora. Na obie strony wyrzucał małe spienione fale, które sunęły w kierunku brzegu i nabierały mocy, by ostatecznie zostawić na przybrzeżnym piasku ślad swojego istnienia. Statek zwolnił i zakołysał się na wodzie. Teraz, gdy praca silników stała się cichsza uczniowie mogli wsłuchać się w dźwięki pobliskiego jeziora – szelestu szuwarów szarpanych chwilami porywistym wiatrem, skrzekiem dzikich kaczek i szumem siłowników hydraulicznych, cierpliwie pracujących nad otwarciem potężnych metalowych wrot, które majaczyły przed nimi.

– Patrzcie! – zawołał pełen ekscytacji Krzyś –Śluza!

– Gdzie? – zapytała, wychylając się przez burtę Weronika.

– Przed nami – rzucił za siebie Krzyś i zaczął się przepychać w kierunku dziobu – Muszę to zobaczyć! Czytałem o tym wczoraj…- wyjaśnił koleżankom, nie będąc jednak pewnym, czy dotrzymują mu kroku. Ale dziewczęta doskonale sobie radziły w wędrówce wśród powstałych z miejsc pasażerów statku i wkrótce Gabrysia pierwsza dopadła barierki na dziobie.

– Wow! – powiedziała cicho obserwując, jak statek wpływał do wąskiego kanału – O co tu chodzi?

– Jeziora są na różnych wysokościach. To, na które zaraz wpłyniemy, jest prawie metr wyżej od tego, po którym płynęliśmy – pospieszył z wyjaśnieniem chłopiec. – Zaraz zamkną się za nami wrota – uprzedził fakty – Słyszycie? – dziewczynki wsłuchiwały się w szum zakończony zdecydowanym kłapnięciem zamykających się skrzydeł bramy. Po chwili rozległ się chlupot wpompowywanej do kanału wody.

– Podnosimy się! – zauważyła Gabrysia.

– No i o to chodzi! W ten sposób poziom wody w kanale podniesie się do poziomu wody w drugim jeziorze, a my razem z nim. Kiedy otworzą te drugie wrota bez problemu będziemy mogli płynąć dalej – tłumaczył Krzyś.

– To działa jak winda! – zauważyła Weronika.

– Dokładnie tak! – przytaknął Krzyś

– Nie rozumiem tylko: po co? Przecież można by płynąć normalnie, jak po rzece. – dziewczynka zaczęła powątpiewać w sensowność istnienia tak skomplikowanego urządzenia. Krzyś jednak z wielkim oburzeniem i znaną sobie dokładnością zaczął wyłuszczać zagadnienie.

– No nie! Ten kanał został przekopany przez ludzi. Gdyby nie zastosowano tutaj śluzy, poziom wody w obu jeziorach by się wyrównał, tak jak w kałużach, gdy wykopiesz między nimi rowek. A wiecie, co by to oznaczało? Poziom wody w jednym jeziorze by się obniżył, ale to niewielki problem, w drugim jednak by się podniósł i woda zalałaby ludziom domy, drogi i pola, jak w czasie powodzi. Tak to działa! – skwitował na koniec –Hydraulika – przepływ wody  na skutek przyciągania ziemskiego.

– To tak, jak w starożytnych akweduktach, którymi wodę z gór transportowano do miast. Woda płynęła sama, jak po zjeżdżalni – podsumowała Gabrysia.

– No właśnie! O to chodzi – woda zawsze płynie z góry na dół.

– No właśnie nie zawsze – wtrącił się do rozmowy członek załogi, który przygotowywał linę do rzucenia za burtę i cumowania. – Ludzie potrafią wymuszać ruch wody w górę przy pomocy pomp wodnych. Tak jest na przykład w blokach. Woda dociera na najwyższe piętra, a przecież w sposób naturalny nigdy by tam nie wpłynęła.

– A, no tak! – z lekkim zakłopotaniem przyznał chłopiec. Dotąd wszystko okazywało się takie proste.

– To kwestia ciśnienia – doprecyzował mężczyzna, widząc zmieszanie na twarzy swojego rozmówcy. – A ciśnienie to siła z jaką jakiś przedmiot naciska na podłoże.

– Woda też naciska na dno – ruszyła Gabrysia Krzysiowi z odsieczą, próbując zapędzić w kozi róg nieznajomego.

– Naciska – zgodził się mężczyzna zwijając cumę – I to nawet bardzo. Woda w oceanie naciska na dno z siłą nawet kilkuset atmosfer. A jedna atmosfera to dokładnie tyle, jakbyś kilogram cukru trzymała na czubku palca.

– To się nie uda – podsumował Krzyś.

– Nie. Ale za to duże ciśnienie wody człowiek wykorzystuje od dawna w wielu urządzeniach. – Mężczyzna odwrócił się i przeskoczył za burtę, bo statek podchodził już do przystani i trzeba było zająć się jego cumowaniem – To praktycznie darmowa energia – rzucił jeszcze przez ramię, lekko skacząc na keję.

– Elektrownie wodne… – kontynuował temat Krzyś. – Stawia się na rzece tamę, przy dnie montuje turbinę i woda pod dużym ciśnieniem ją obraca. Tak powstaje prąd.

– W Solinie, w Bieszczadach. Byłam. Pływałam kajakiem po zalewie, który powstał po zbudowaniu tamy – uzupełnia Weronika.

– Ja pływałem po Zalewie Zegrzyńskim. Żaglówką – niespodziewanie wtrącił się do rozmowy Michał, który już od dłuższego czasu przysłuchiwał się pogawędce przyjaciół. – Tam jest zapora w Dębem – dodał.

– Albo tama Hoovera na Kolorado w Stanach Zjednoczonych. Największa na świecie – dorzucił Krzyś.

-Była największa, jak ją budowali 80 lat temu. Teraz największa jest w Chinach. – sprostowała Gabrysia – Czytałam w Internecie. Musieli przesiedlić ponad milion ludzi z terenu, na którym miał powstać zbiornik.

– Tak samo działały młyny wodne – niespodziewanie zmieniła wątek Weronika. – Woda spływała na koło młyńskie i obracała żarnami, które rozdrabniały ziarna na mąkę – wyjaśniła i spojrzała po zdumionych twarzach przyjaciół – Ludzie od zawsze wykorzystywali siłę, która drzemie w wodzie. Nie pamiętacie, jak nawadniali pola wzdłuż Nilu?

– Kto by pomyślał, że hydraulika jest stara jak świat, a jednak ciągle mamy problemy z cieknącymi kranami – ze śmiechem zakończyła dyskusję swoich uczniów pani Basia.

– Szybciutko schodźcie z pokładu, bo dalej popłyniecie już bez nas – pospieszyła podopiecznych.

*

*                      *

            Wieczór nadszedł nie wiadomo kiedy. Gdy dziewczynki wróciły po obiedzie do swojego pokoju, za oknem już nadciągał mrok. Mlecznosiwa mgła znowu wypełzła z szuwarów i złowrogo słała się nad taflą jeziora. Mimo to w oddali majaczyła zakapturzona twarz, która zawisła nad smugą mgły i sprawiała wrażenie niespodziewanie odnalezionej części ciała jeźdźca bez głowy. Tylko na podstawie wczorajszych obserwacji można było przypuszczać, że należy do wędkarza w sztormiaku, siedzącego w zielonej łódce. Powoli, z ciężkich chmur, spuszczała się noc na zagubiony wśród mazurskich krajobrazów pensjonat. A w nim, w narożnym pokoju dwie dziewczynki wyglądały przez okno, oczekując przyjścia kolegi i niepokojącego dźwięku bulgotu ze ściany za łóżkiem…

Pojawienie się Krzysia uspokoiło je nieco, a jego filuterny uśmiech dodał im odwagi. To, że z nich kpi innym razem pewnie by je rozwścieczyło, ale teraz uspokajało je bardzo i w duchu, same przed sobą, przekonywały się , że jak na początkujące nastolatki są głupie, niepoważne i wierzą w bajki. A przecież bardzo by chciały, by ten tajemniczy bulgot między bajki włożyć.

– Muszę się gdzieś schować – wrócił do przyziemnych spraw chłopiec. – Pani Basia zaraz będzie robiła obchód. Nie może mnie tu zobaczyć.

-To może pod łóżko? – zaproponowała Gabrysia.

-Tam gdzie straszy?- z przerażeniem zawołała Weronika – A jak to jest węgorz elektryczny? – rzuciła nowy pomysł dziewczynka – Jeszcze cię prąd porazi!

– Cegły nie przewodzą prądu – skwitował Krzyś – a węgorze elektryczne żyją w Ameryce Południowej, a nie na Mazurach – dodał idąc w kierunku szafy. I zupełnie nie zważając na swoje słowa wtarabanił się do niej, niemiłosiernie gniotąc ubrania koleżanek.

– Nauka – nauką, ale bezpieczeństwo najważniejsze – zadudnił w szafie głos usprawiedliwiającego się przyjaciela.

– Cicho! Pani Basia idzie – zasyczała Weronika i nim zdążyły zgasnąć jej słowa, w drzwiach pojawiła się nauczycielka.

– A wy jeszcze nie w łóżkach? – zapytała zdziwiona. –Wskakujcie natychmiast pod kołdrę i gaście światło. Ja idę się kąpać. Dobranoc!

– Dobranoc! – odpowiedziały chórem dziewczynki na tyle skwapliwie, że gdyby pani Basia nie myślała już o gorącej kąpieli w wannie, z pewnością wzbudziłoby to jej podejrzenia. Ponieważ jednak miała już wizję pachnących bąbelków zamknęła raźno drzwi, a jej kroki zastukały po schodach. Na ten dźwięk Krzyś wygramolił się ze swojej kryjówki.

-Poszło jak po maśle – oznajmił chłopiec, prostując ręce i nogi.

– Musimy zgasić światło i być bardzo cicho. Pani Basia mieszka w pokoju nad nami – ostrzegła Weronika, nie poddając się euforii z osiągnięcia pierwszego sukcesu – Gabrysiu, włącz latarkę – dodała trzymając rękę na włączniku światła. Strużka światła wystrzeliła z ręki koleżanki akurat w momencie, gdy żarówka w żyrandolu zgasła. Siedzieli w ciszy w wątłym światełku sączącym się z podręcznej latarki. Wsłuchiwali się w dźwięk wiatru, grającego na szamoczących się z nim gałązkach drzew. Dwa nikłe światełka po drugiej stronie jeziora migotały w oddali. Gabrysia okryła się kocem, nie dlatego że było zimno, ale że tak jakoś strasznie. Zawinięta we włochaty kokon czuła się nieco pewniej. Robiło się coraz bardziej sennie. Nikomu już nie chciało się rozmawiać, a powieki pozostawały zamknięte na coraz dłużej. Nagle usłyszeli go! Tajemniczy bulgot zza Gabrysiowego łóżka. Krzyś podskoczył, zbliżył się do ściany i zaczął nasłuchiwać.

– To tu – zaznaczył palcem miejsce, w którym jeszcze przed chwilą pojawił się intrygujący dźwięk. – Podajcie mi scyzoryk, zostawiłem go na stole – zakomenderował. Gdy miał już go w dłoni, zaczął dłubać w ścianie. Okruchy tynku sypały się na podłogę, ale nie zważał na to. Potem będzie się tym martwił. Przy kolejnym pchnięciu w ścianę nóż metalicznie zazgrzytał trafiając na stalową przeszkodę.

– Poświeć mi – zażądał, a Gabrysia natychmiast spełniła jego polecenie. Krzyś spojrzał w głąb wydrążonej przez siebie dziury.

-To rura – zawyrokował i zacisnął usta.

-Mówiłam! – pokiwała głową Gabrysia, sama nie mogąc do końca uwierzyć w opowiedzianą przez siebie historię. – Hermenegilda.

-O rany! –westchnęła Weronika i podeszła do okna, wypatrując na jeziorze rybaka. Ale było już tak ciemno, że nic nie była w stanie dostrzec.

-Co robimy? – zapytał Krzyś. – To się przecież musi dać jakoś wyjaśnić. Trudno mi uwierzyć w tę wersję z węgorzem – przekonywał sam siebie.

-Dzwonię do Dziadka! – oznajmiła Gabrysia.

-O tej porze? Jest już późno – wahał się chłopiec, chociaż bardzo chciał, żeby przyjaciółka nie zwracała uwagi na jego wątpliwości. Dziadek Wkrętak na pewno będzie wiedział co jest grane.

Gabrysia wybrała numer i przystawiła ucho do telefonu. Po chwili zaszeptała:

– Dziadek? To ja.

– No ja!

– No pewnie, że Gabrysia! A kto?

-Świetnie. Ale pytanie mam!

– Py-ta-nie mam – przesylabizowała dziewczynka, a Krzyś i Weronika słuchali tej cichej nocnej rozmowy, domyślając się jedynie na podstawie kolejnych słów koleżanki, co mówi dziadek.

– Weź na głośnik – poradził chłopiec. – Też jestem ciekawy.

-Co może bulgotać w rurach? – zapytała swojego rozmówcę Gabrysia.

-W rurach? Jakich rurach? – dziadek nie bardzo mógł się zorientować w sytuacji.

-Zwykłych rurach – doprecyzowała wnuczka.

-W ścianie – dodał jej przyjaciel.

-A! W rurach – zrozumiał dziadek – Woda.

-Sama woda tak nie bulgocze. – zaoponowała dziewczynka i dodała kilka nowych informacji. –U nas nigdy nie bulgocze. A tu bulgocze. I to w nocy. Przed chwilą bulgotnęło.

-A ile pięter ma budynek? – zapytał dziadek.

-Trzy – pospieszył z odpowiedzią Krzyś.

-No właśnie. Nasz jest parterowy, to nie bulgocze.

-A co piętra mają do bulgotu? – zdenerwowała się dziewczynka.

-Jak ktoś na górze bierze kąpiel w wannie i zacznie spuszczać wodę, to duże masy wody przyciągane siła grawitacji bardzo się spieszą na dół i wtedy bulgoczą – wyjaśnił ze śmiechem autorytet.

-To by się zgadzało! – ucieszyła się Weronika. –Nad nami mieszka pani Basia i mówiła, że idzie brać kąpiel – rzuciła dziewczynka na potwierdzenie słów dziadka, radosna i teraz już spokojna. – Dziękujemy bardzo! Pan jest taki mądry! I przepraszamy, że dzwoniliśmy o tej porze, ale Gabrysia mówiła, że to węgorz – dorzuciła usprawiedliwiająco.

-Jaki węgorz? O co chodzi – zdziwił się dziadek.

-O Hermenegildę – rozpoczęła wyjaśnienia Weronika – Bo Gabrysia…

-No dobra! Dzięki! Cześć Dziadku –jak gdyby nigdy nic rzuciła do telefonu wnuczka.

-Ale jaka Hermenegilda?- nie odpuszczał Dziadek Wkrętak.

-O to długa historia! –zmierzała do końca jego rozmówczyni – Opowiem, jak wrócę – zapewniła i wyłączając telefon zwróciła się z przekąsem do koleżanki:

– Jakaś ty się rozmowna zrobiła?!

-No i co my teraz zrobimy z tą dziurą w ścianie? – nie zważając na gęstniejącą atmosferę zastanawiał się Krzyś. -Jak ja to pani Basi pokażę? Może zastawimy łóżkiem? – zwrócił się z nadzieją w głosie do koleżanek, chociaż w głębi duszy wiedział, że to nie przejdzie.

-Trzeba się przyznać. – zawyrokowała Weronika.

-Ale nie pani Basi! – tonem typu „eureka” oznajmiła Gabrysia – Właścicielce pensjonatu. To taka miła starsza pani.

*

*                      *

-Nie przejmujcie się dzieciaczki! Poproszę męża na pewno coś na to zaradzi – uspokoiła grupę przyjaciół gospodyni nazajutrz po śniadaniu. –Idźcie do pokoju się pakować. I nie martwcie się wcale – pogłaskała ich po głowie na pożegnanie. A młodzi odkrywcy, jakby im kamień spadł z serca, pobiegli na górę do swoich pokojów. Dziewczynki wyjęły plecaki i zaczęły składać ubrania. Mimo, że zbliżało się dopiero południe, Weronika zapaliła światło. Za oknem krople deszczu, przebijając się przez szarówkę, pobrzękiwały o szyby. Gałązka jabłoni tłukła się jak oszalała. Gabrysia rzuciła okiem za okno.

-Nie ma go – skwitowała.

-Wędkarza?

-Albo upiornego strażnika Hermenegildy – zaśmiała się Gabrysia nawiązując do wczorajszej przygody.

I w tym momencie, uchyliły się drzwi, a w nich stanął potężny zakapturzony mężczyzna w czarnym sztormiaku i kaloszach. Dziewczynki zdrętwiały i stanęły nieruchomo, a śmiech, który jeszcze przed chwilą rozbrzmiewał w ich ustach zawisł zamrożony w pół drogi.

-No! Coście tam narozrabiały? – spytał wędkarz zrzucając mokry kaptur, z którego perliste krople deszczu ściekały na podłogę. – Podobno coś tam wam z hydrauliką nie pasowało? – uśmiechnął się do nich szeroko. – Już ja was znam, gagatki! –zawołał przyjaźnie, dla groźniejszego wyglądu marszcząc brwi – Sam mam czterech wnuków. Dzieciaki teraz są ciekawskie i sprytne – podsumował.

Oniemiałe dziewczynki bez słowa odsunęły łóżko od ściany i pokazały rezultat wczorajszych prac budowlanych Krzysia.

-No, no! A czegóżcie wy tam szukały? – zapytał tajemniczy wędkarz, który okazał się mężem właścicielki.

-Hermenegildy – zgodnie z prawdą odpowiedziała Gabrysia.

-Hermenegildy? Ho, ho! Od tylu lat nikt jej nie znalazł – mężczyzna z rozbawieniem spojrzał na dziewczynki, ale po ich przerażonych oczach i zdumieniu na twarzy zrozumiał, że nie jest im do śmiechu. Dokończył zatem:

-Tak miała na imię córka poprzedniej właścicielki pensjonatu. Kiedy była młodą dziewczyną… A jaką piękną! – zachwycił się rybak – Zakochała się nieszczęśliwie. Ludzie powiadają,  że uciekła z narzeczonym; inni, że utopiła się w jeziorze z miłości. Tak, czy inaczej przepadła bez wieści…

Dziewczynki wymieniły zaniepokojone spojrzenia i niemal jednocześnie chwyciły swoje plecaki.

-To my musimy już iść! – w drodze do drzwi wykrzyknęła Weronika – Pani Basia na pewno już się niepokoi.

-Dziękujemy i przepraszamy za wszystko! – dodała Gabrysia odwracając głowę w drzwiach. – Za tą dziurę przede wszystkim. I niech pan na siebie uważa!